Share |  Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2
#26PisanieRe: Sala Balowa   Sob Lut 17, 2018 11:19 pm


avatar
Obywatelka
Dyplomata
Skąd : Shaudahii
Join date : 12/08/2017
Liczba postów : 18

Statystyki
Życie:
1280/1280  (1280/1280)
Mana:
1200/1200  (1200/1200)
Pancerz:
0/0  (0/0)
Zobacz profil autora
No i właśnie pojawił się problem, o którym niestety zapomniałam, ciężko jednak było się spodziewać, że na balu, który miał być no dosyć zwyczajnym balem rozleje się aż tyle krwi. Głód z każda chwilą coraz bardziej dawał o sobie znać. O ile jednak do tejh pory dawałam radę zepchnąć to uczucie, gdzieś w głębi swojego umysłu, to bodźce i doznania jakie obecność tak duzej ilosci krwi jakie odczuwałam, zaczęły powoli brac nade mną góre, co trzeba przyznać w obecnej sytuacji było bardzo niekorzystne. Raz, że właśnie część walczyła z potworem, który chciał ich zabić, więc nie wiadomo co by pomyśleli, o kolejnej osobie żądnej krwi. No i musiałam też zachować dymplomatyczne pozory, a nie zachowywać się jak nieokrzesany barbarzyńca tak krótko po przyjeździe. Jednak teraz już nie ulegało wątpliwości, że coś trzeba było zrobić, bo inaczej głód owładnie mnie w zupełności.
Zaczęłam więc podchodzić powoli bliżej epicentrum tych wszystkich wydarzeń, zgarniając po drodze jakiś kielich czy to ze stołu czy to z ziemi i korzystając z zamieszania zaczęłam zgarniać obficie płynącą krew do kielich ręką, starając się by inni nie zwrócili na nnie uwagi. Nie chciałam podchodzić zbyt blisko mężczyzny, który został trafiony strzałą, bowiem wtedy głód prawdopodobnie kazałby rozszarpać mu gardło, żeby najeść się do syta. Tak powoli zlewałam krew do kielich i brałam co chwilę małe łyki, podcierając usta drugą ręką, jeżli ktoś na mnie spojrzy, lepiej, żeby nie miałam krwi wokół ust. Na ręce jeszcze jakoś przejrzie prawda?
#27PisanieRe: Sala Balowa   Nie Lut 18, 2018 2:12 pm


avatar
Obywatel
Rycerz Zodiaku
Skąd : Namitto
Join date : 11/08/2017
Liczba postów : 41

Statystyki
Życie:
488/488  (488/488)
Mana:
740/740  (740/740)
Pancerz:
0/0  (0/0)
Zobacz profil autora
Jakże mam trzymać buzię zamkniętą gdy moi towarzysze są obrażani? Poza tym to, że ich broniłem wcale nie znaczy, że jestem tak silny i doświadczony jak moi poprzednicy by wymagać ode mnie tego samego co od nich, lub nawet więcej. No nic, przynajmniej sumienie mam czyste. Prawda....?
Gdy zauważyłem, że rana zadana Sakiki wcale nie zniknęła na moich ustach pojawił się uśmiech. Teraz byłem całkowicie pewien co do jego słabego punktu. Teoretycznie teraz powinno być trochę łatwiej. O ile to nie była jakaś sztuczka.
Trzask metalowej konstrukcji wywołał u mnie jeszcze większy uśmiech, niestety byłem na tyle głupi i nie odsunąłem się wystarczająco szybko. Syknąłem z bólu gdy odłamki przeorały moje ciało i ubranie. Zrobiłem krok w tył z opuszczoną głową by obejrzeć w ilu miejscach moja krew wydostaje się na zewnątrz. Na mojej twarzy widać było delikatny grymas bólu. Przeniosłem wzrok na Cadence
-Paskudę mamy z gło.....
Nie udało mi się dokończyć, głos ugrzęzł mi w gardle z którego teraz wydobywały się jakieś dziwne, stłumione dźwięki. Opadłem na kolana a głowa opadła mi w dół.
Strzała....
Nim upadłem całkowicie na ziemie z mojego gardła wydobył się cichy śmiech szaleńca. Ostatnią myślą była nadzieja na to, że to była ta sytuacja zagrożonego życia potrzebna do aktywacji pancerza. Upadłem a przed oczami przeszło mi całe życie.... a więc to były ostatnie sekundy życia? Nagle na moim czole poczułem ciepło, co było dziwne. Podobno umierającemu towarzyszy zimno a nie ciepło. Po chwili zrozumiałem, to kryształ który umieściłem w diademie. Moje ciało okryło jasne światło a ja nadal nie byłem pewien co się ze mną dzieje. Nagle zaczęła napełnia mnie energia a kryształ nie przestawał błyszczeć. Powoli się podniosłem i spojrzałem na miejsce w którym wcześniej miałem wbity grot strzały. Nie było jej tam.... zamiast tego mój tors okrywał złoty pancerz z dwoma srebrnymi,stojącymi na tylnich nogach pegazami. Mój wzrok spoczął najpierw na dłoniach na których połyskiwały rękawice, później na nogi które chroniły nagolenniki. Umknął mi z pewnością pewien drobny fakt... mianowicie para skrzydeł będąca częścią zbroi, które obecnie były małe. Z pewnością niezdolne do uniesienia takiego ciężaru. Nagle, na krótką chwilę widziałem tylko ciemność. To hełm zakrył całą moją głową, po kilku sekundach pojawiły się otwory dzięki którym mogłem cokolwiek zobaczyć, mówić czy oddychać.
Czułem się wyjątkowo potężny, jakbym mógł unieść górę czy zatrzymać rzekę. Ta nowa moc była.... przytłaczająca i bardzo kusząca. Czułem jakbym mógł jedną ręką zmiażdżyć tego Sakiki i wszystkich którzy byli na tej sali
Opanuj się, zachowaj zdrowy umysł i rozsądek. Nie mogę pozwolić by ta moc przejęła nade mną kontrolę. Nie mogę.... nie mogę.... nie....
Mimowolnie wyciągnąłem prawą rękę w bok jakbym chciał coś złapać. Sam nie wiem kiedy poczułem między palcami coś... jak kij. Gdy przesunąłem mój wzrok na to zjawisko zauważyłem, że to nie kij lecz halabarda. To był ostatni widok nim zamknąłem oczy. Choć chwilę później je otworzyłem to nie widziałem już nic. Nie było sali balowej, sakiki, ciał, krwi i żyjących ludzi. Było tylko jaskrawe światło....


Ostatnio zmieniony przez Erestor Véneaná dnia Nie Lut 18, 2018 9:40 pm, w całości zmieniany 1 raz
#28PisanieRe: Sala Balowa   Nie Lut 18, 2018 9:01 pm


avatar
Administracja
Administrator
Join date : 24/04/2017
Liczba postów : 119
Zobacz profil autora
Wszyscy

Mogliście podziwiać, jak trafiony, wydawałoby się śmiertelnie Erestor wstaje. Strzała, która go ugodziła zdematerializowała się, a po ranie nie został nawet ślad. Jasne światło otuliło całkowicie elfa, który dla was, pozostałych był tylko świetlistą postacią.
I właśnie dlatego, że patrzyliście na to niewielkie przedstawienie, nie zwróciliście uwagi, że Xairana złapała za kieliszek i poczęła nabierać do niego krwi, którą potem wypijała. Udało się jej zaspokoić rządzę bestii w niej drzemiącej, ale przez to, że uraczyła się krwią Marcusa, zaczęła odczuwać nieoczekiwane pociąg do tego wampira. Wprawdzie, była to niewielka dawka jego krwi, ale na tyle wystarczająca, aby wampirzyca uzależniła się od niego. Dopiero po chwili zdałaś sobie sprawę z tego, co takiego się zadziało. Wiesz jednak, ze nie potrwa to długo, co najwyżej dzień lub dwa.
Żyrandol, który spadł na sakiki zaczął się zamieniać w pył oraz rozsypywać. Bestia, już chciała wstać, kiedy otrzymała solidny cios przygotowanym przez Egona pociskiem. Jako, że ten został wzmocniony magiczną zdolnościa Rycerza Zodiaku Feniksa, dało to niesamowity pokaz. Płomienie ognia rozjaśnił jeszcze bardziej wnętrze sali balowej. Każdy mógł odczuć ciepło na swojej twarzy, no za wyjątkiem Castavisa. Cóż, byłeś wampirem. Nie mogłeś czuć tego żaru, jaki teraz unosił się w powietrzu.
Wszędzie unosił się pył, który tworzył ogień. Może i ściany czy podłoże, były zrobione z kamienia, ale zasłony czy meble, a nawet obrusy już nie. Dlatego, kiedy nabój przygotowany przez Egona został wzmocniony przez Castavia, wybuch był zdecydowanie silniejszy niż normalnie. Temu też, towarzyszące małej detonacji iskry radośnie zawędrowały na materiał jednej z kotar, która szybko zajęła się ogniem. Płomienie szybko przesuwały się ku górze, wędrując błyskawicznie po łatwopalnym materiale.
-Pojebało was!-zawołał drwa, krzycząc na Castavia i Egona, jak tylko widok ognia wybił go z wcześniejszego otumanienia-Rozumiem jakiś wieśniak, ale żeby Rycerz Zodiaku?! Teraz wszystko jasne, czemu poprzednicy zginęli! Byli takimi samymi idiotami jak wy!-mężczyzna zaczął rozglądać się za wodą.
Dwóch mężczyzn, w wieku około trzydziestu lat podbiegła do Marcusa, aby nie został bardziej ranny, głównie przez szalejące jęzory ognia. Szło im to ciężko, ale jakoś udało im się odciągnać nieprzytomnego i rannego Członka Rady Miasta. Jeden z nich był rudzielcem o piegowatym nosie oraz policzkach, z długim zarostem oraz zielonych oczach. Drugi zaś miał prawie łysą łepetynę, ozdobioną jednym, grubym warkoczem wyrastającym z prawej strony i zasłaniającym nieco jego policzek.
Ci, którzy zostali zaczęli szukać czegoś, czym mogliby ugasić rozprzestrzeniający się ogień. Płomienie zdążyły zająć już kolejną kotarę. Od pierwszej, metalowy karnisz zaczął się topić od zbyt wysokiej temperatury, więc nie minęła chwila, a zasłona z hukiem wylądowała na posadzce.
Ogień, który nie przestawał się palić, w miejscu, w którym był sakiki nie zmieniał się. Drwal podbiegł do stołu, aby ściągnąć z niego obrus. Kilka osób poszło w jego ślady. Rozległ się odgłos bitego szkła oraz upadających na podłogę metalowych części zastawy. Wszyscy, próbowali ugasić ogień, ale bez skutecznie.
-Czemu nie możemy ugasić ognia?!-zawołała blondynka, mająca na pewno nie więcej jak dwadzieścia lat-Dlaczego?!
-Cholerni Rycerze Zodiaku!-drwal spojrzał na Erestora a potem na Castavisa-Co się tak gapicie? Zróbcie coś!- jego wzrok był pełen nienawiści i w sumie, było to zrozumiałe, nawet bardzo.-Huh?-nim mężczyzna zdążył zareagować, wielka płonąca łapa złapała go za twarz.
Jegomość próbował się bronić wbijając paznokcie w płonącą łapę, ale to nic nie dało. Ogień zaczął trawić jego włosy oraz skórę, zarówno na licu jak i na dłoniach. Potężna łapa, zmiażdżyła błyskawicznie to, co trzymała. Czaszka gruchnęła, a krew wraz z kawałkami mózgu ubrudziły posadzkę.
Ci, którzy stali blisko cofnęli się przerażeni, widząc jak płomienie trawią martwe ciało bez głowy leżące we krwi.
Sakki, powoli wyłonił się z ognistej pułapki. Urósł, nawet bardzo. Uderzenie żyrandola dodało mu wzrostu i teraz, mierzył sobie prawie trzy metry. Wszystkie jego wcześniej zadane rany przestały istnieć. Zupełnie tak, jakby istota ta zregenerowała się.
-Gyaaaaho!-jego ryk był teraz zdecydowanie głośniejszy i potężniejszy.
Po kolei, wszystkie szklane naczynia, jak kieliszki, szklanki pękały jedna po drugiej. To samo szyby w oknach. Wszędzie roiło się od odłamków, które tych, co byli blisko lukarny poraniły.
Sakiki całkiem wyszedł z płomieni, ukazując swoją całą okazałość. Z jego paszczy wyciekała czarna kleista ciecz. Bestia zamlaskała, po czym spojrzała na martwe ciało leżące pod jej nogami, a potem na przerażone istoty, stojące niedaleko niej.
-Giń ty potworze!- rudzielec, który chwilę temu odciągnął Marcusa, zaatakował sakiki.
Biegł na niego z kataną, którą to wyjął z pochwy. Spróbował go zaatakować. Ostrze rozsypało się, jak tylko znalazło się w styczności z ciałem potwora.
Mężczyzna klapnął na tyłek, patrząc z przerażeniem na sakiki. Zakrył się rękami, jak bestia wyciągnęła ku niemu swoje łapy.
Sakiki złapał za ręce rudzielca, po czym uniósł do góry rozciągając go. Ofiara próbowała się uwolnić, ale to nic nie dało. Potwór wyrwał rozczłonkował mężczyznę. Jego ręce zostały oderwane od ramion. Najpierw trzask łamanych kości, potem rozrywane mięśnia oraz mięso. Krew trysnęła na wszystkie strony i rozlała się po posadzce. Krzyk ofiary nie przypominał już krzyku ludzkiej, tudzież ludzko podobnej istoty. Rudy wił się na wszystkie strony pod nogami swojego oprawcy wykrwawiając się na śmierć. Sakiki zaś podniósł jedną z rąk swojej ofiary, aby zacząć chłeptać posokę, która jeszcze wypływała z rozerwanych żył.
Widząc to wszystko, Erestor, który od nadmiaru pozyskanej energii stracił nad sobą kontrolę, bez namysłu zaatakował sakiki swoją halabarda, wbijając ją w taki sposób, że przebiła potwora na wylot.
Ta spojrzała na wystający z jej ciała przedmiot, po czym odwróciła łeb. Dosłownie. Łeb sakiki przekręcił się w taki sposób, że teraz mógł bez problemu obserwować Rycerza Pegaza, który z nienawiścią w oczach patrzył na potwora zaciskając mocno uścisk na broni. Wiadome było, w tym momencie, że oręż Zodiaku był odporny na moc sakiki, jednak nie był w stanie, przynajmniej teraz dość mocno go zranić.
Sakiki, nie przestając patrzeć na Pegaza, złapał go płonącą łapą za głowę, a następnie cisnął nim, trochę na oślep. Pech chciał, że Rycerz Zodiaku wylądował na Rabadonie. Najemnik został przygnieciony, a od braku tchu, wywołanym chwilowym ciężarem Rycerza, stracił przytomność. Uzbrojenie Pegaza nabiło mu także nieco siniaków, a także niestety spowodowało złamanie prawej ręki.
Pegaz wstał, zachwiał się na własnych nogach po czym upadł. Świat zawirował przed jego oczami, po czym najzwyczajniej w świecie stracił przytomność. Nie tylko od solidnego uderzenia, ale także nadmiaru mocy, który dla jego ciała był sporym obciążeniem.
Ci, którym udało się przeżyć, postanowili, jednak ratować swoje życie. Sakiki jednak, nie miał zamiaru im pozwolić uciec. Błyskawicznie doskoczył do wyjścia, tarasując je. Szybkim ruchem łapy przeciął na pół tych, którzy znaleźli się w zasięgu ataku. Krew rozbryzgła się wszędzie, podobnież jak rozorane narządy. Ciała ofiar zostały podzielone na dwie części, które upadły pod łapami sakiki. Ten zaś odwrócił teraz łeb w twoją stronę, Castavisie. Wiedziałeś, że stałeś się jego kolejnym celem.

Cadence

Mimo, że twój plan powiódł się to wspomnienia z tamtych dni wróciły w momencie, kiedy drwal zakończył swoje życie w tak brutalny sposób. Wspomnienia wbiły się w Twoją głowę tak mocno, że straciłaś kontakt z rzeczywistością. Chwiejnym krokiem podeszłaś do ściany, aby się na niej wesprzeć jedną ręką. Czułaś, że zawiodłaś, że znowu nie uratowałaś tych, których mogłaś ochronić. Broń wypadła ci z rąk, a ty patrzyłaś na kamienna posadzkę, która powoli została ozdobiona mokrymi śladami wyołanymi przez twoje łzy. Straciłaś kontakt z rzeczywistością.

OOC:
 
#29PisanieRe: Sala Balowa   Wto Lut 20, 2018 9:52 pm


avatar
Obywatel
Rycerz Zodiaku
Skąd : Larnwick
Join date : 19/01/2018
Liczba postów : 41

Statystyki
Życie:
1280/1280  (1280/1280)
Mana:
120/120  (120/120)
Pancerz:
0/0  (0/0)
Zobacz profil autora
Kiedy Castavis zobaczył dzieło jego akcji, był zaskoczonym jaki efekt to przyniosło. Szkoda tylko że wybuch przez jego akcje był zbyt potężny, bo wywołało to mały pożar. Powiadają żeby ogień zwalczać ogniem, jednak w tym przypadku nie sądził, aby to był najlepszy pomysł. Spojrzał na typa, który ośmielił się obrażać  Rycerzy Zodiaku w jego obecności. Jego wzrok był zimny, jego oczy rozbłysły na czerwono. - Zawrzyj gębę. - Warknął do niego. Miał ochotę mu przywalić, powstrzymał się jednak, gdyż miał teraz ważniejszy problem niż jakiś bezczelny człowiek, który gówno wie o Rycerzach.
Ogień rozprzestrzeniał się cholernie szybko, niedobrze. Musiał działać szybko. Teraz miał dwa problemy do rozwiązania. Ciągle czuł energie sakiki, która się zwiększała. A więc musiał zajebać potwora i zatrzymać ogień. Usłyszał krzyczącą dziewczynę, która nie wiedziała dlaczego nie mogą ugasić ognia. Podejrzewał, że ogień był w dużym stopniu magiczny, wywołany przez jego moc. Woda nie była w stanie sobie z tym poradzić, choć może było jej zbyt mało, nie był pewien. Nie miał czasu na zastanawianie, musiał stłamsić jakoś ten ogień. Zobaczył typa, który próbował ugasić "ognisko". Wszystko fajnie, problem w tym że ciągle tam był sakiki. - Odsuń się od tego ognia! - Wrzasnął do drwala i dosłownie sekundę po tym jak to powiedział, zobaczył rękę potwora chwytającego człowieka. Pomijając nieprzyjemny widok i towarzyszący smród palonego ciała, za chwilę zobaczył kawałki mózgu tego człowieka, który został brutalnie zmiażdżony. Chwilę potem widzi jakiegoś młodzika lecącego na sakiki z kataną. Nie zdążył go złapać, a potwór miał kolejną ofiarę na koncie.
- Do kurwy nędzy! Powariowaliście ludzie? Czy naprawdę już nie ufacie Rycerzom Zodiaku? Skoro nie możecie mi ufać, w porządku. Ale może użyjcie zdrowego rozsądku i zaczniecie stąd spierdalać? Jeżeli tu zostaniecie, to zginiecie. Dotarło kurwa? - Był zły. To było nic innego jak kolejne niepotrzebne ofiary, bo ktoś chciał zgrywać bohatera. Cholerni idioci. Potem Erestor, widział strzałę wystającą z jego ciała, która zaczęła właśnie znikać, a na ciele rycerza pojawiała się zbroja. Wiedział że właśnie w tym momencie tracił nad sobą kontrolę. Nie wierzył w to że to w czymkolwiek pomoże. Działał odruchowo, szansa na to że wyrządzi mu jakieś większe obrażenia, były znikome. Nie mylił się. Chwilę potem widział Rycerza jak leci w powietrzu. Halabarda oczywiście nie rozleciała się na kawałki, jednak to nie było dla niego zaskoczeniem. Wiedział że broń Rycerzy Zodiaku jest odporna na spaczenie sakiki. Tak jak podejrzewał samo pchnięcie nie wyrządziło większych obrażeń. Pegaz leżał nieprzytomny, pozostała garstka ludzi nie mogła temu potworowi wyrządzić większych obrażeń. Został sam. Chyba że Hav wpadnie z wizytą. Miał jednak w planach rozwiązać to sam. Czuł w środku że tak trzeba. Potwór nie pozwolił jednak nikomu uciec, złość się w nim gotowała. był gotów przejść w tryb bestii, nie mógł jednak tego zrobić w zbroi zodiaku. Poza tym, patrząc na Marcusa, na nic by mu się ta moc zdała. Uspokoił się i poczuł na sobie spojrzenie sakiki. Uśmiechnął się bardzo paskudnie, wręcz złowrogo. Oczy Casa błyszczały czerwienia. Dobył swej broni zodiaku, a była nią katana ze specjalnego stopu metalu, który pod wpływem światła zmieniał kolor. Wiedział że musiał zlokalizować serce, bądź znaleźć jego słabość a póki nie potwór nie odniósł obrażeń które pozwoliły by to zrobić. Zauważył, że ogień działa na sakiki odwrotnie. Leczy go, a to oznaczało że jego słabością, powinno być coś, co jest silne przeciwko ogniowi. Oznaczało to że musiał pozbyć się ognia, w przeciwnym razie nawet Casovi zrobi się "ciepło". Rzucił się na płonące kotary i pozrywał je, po czym rzucił jak najdalej od sakiki, w miejsce, w którym ogień nie mógł się rozprzestrzeniać. Wrzasnął w stronę Egona.
- Hej ty! Nie rzucaj więcej mołotowami! Ogień zwiększa siłę potwora. Potrzebujemy czegoś co byłoby efektywne przeciwko ogniowi!
Przeciw ogniowi, oczywiście była woda, lecz biorądc pod uwagę że woda podczas prób gaszenia na niego nie zadziałała, z możliwych do wykonania rzeczy pozostawał kamień/ziemia. A jeśli nie, to pozostawał czas. A w pobliżu nie było nikogo, kto dysponował magią czasu. Cas żywił więc nadzieje że ziemia będzie jego słabością. Powrócił wzrokiem na sakiki po czym przybrał bojową postawę. - No chodź skurwysynu, zatańczymy sobie. - Miał zamiar wykorzystać to, że potwór skupił się na nim. Odskoczył w miejsce gdzie znajdowały się stworzone z ziemi ostrza. Podejrzewał że to robota Marcusa. Nie widział jednak co się podczas tego stało. To by mogło dać mu jakąś wskazówkę. No nic. Czas działać. Zaczął rzucać wszystkim czym się dało w stronę sakiki. Szklanki, kamienie, świeczniki. Wszystko co miał pod ręką. Byle tylko podszedł wystarczająco blisko. Jeśli podszedł, postanowił zrobić błyskawiczny przewrót w lewo, po czym utrzymując pęd, odbił się nogami od ziemi, za plecy potwora. Jeśli mu się udało, ciął go przez plecy, po czym wymierzył najsilniejszego kopniaka, na jakiego było go stać, żeby posłać potwora prosto na kamienne ostrza.
#30PisanieRe: Sala Balowa   Sro Lut 21, 2018 6:28 pm


avatar
Obywatel
Skąd : Proxola Płn.
Join date : 30/01/2018
Liczba postów : 9

Statystyki
Życie:
456/456  (456/456)
Mana:
50/50  (50/50)
Pancerz:
1200/1200  (1200/1200)
Zobacz profil autora
Gdy Egon cisnął butelką zapalającą spodziewał się jedynie usłyszeć trzask pękającego szkła oraz wycie kreatury gdy stanęła w płomieniach. Nie zaś cholerny wybuch. To czym cisnął powinno się jedynie rozlać nie czyniąc żadnych ubocznych zniszczeń. No chyba, że...
-Nosz cholerny, skurlony czaromiotacz. W labirynty z takimi jebakami leśnymi. Warknął ciszej pod nosem zaciskając dłonie na swoim arkebuzie i wychylił opancerzony łeb zza swojej osłony. Uniósł zasłonę salady, chwilę potem przeklinając parę razy pod nosem. Spodziewał się, że palić się będzie jedynie sakiki. Tymczasem ratusz radośnie się fajczył, zaś bydlę wstało. Natomiast po żyrandolu nie było ani śladu. Pięknie. To znaczy, że albo nim gdzieś cisnął w cholerę, albo wykorzystał w jakiś inny sposób. A że mu się urosło to nie musiał zbyt daleko szukać w jaki. Oparł arkebuz o poręcz schodów, powaloną kolumnę czy o cokolwiek za czym się skitrał. Oparta broń powinna zwiększyć szanse na trafienie. Zaczął celować, lecz kreatura była szybka i skakała po polu bitwy. W międzyczasie zarzynając kolejnych pacanów, którzy zgrywali bohaterów. Śmierć rzecz jasna heroiczna i pewno postawią im pomnik, albo jakiś wierszokleta ułoży rym, tudzież dwa na ich cześć. Ale niepotrzebna. Ucieczka zawsze jest bardzo dogodną i zacną opcją. Choćby przez okna, tylne wejście czy cokolwiek innego. W życiu widział już gorsze rzeczy i nie miał najmniejszej ochoty, ani chwili, aby kontemplować nad zmarłymi, choćby i w makabryczny sposób. Dzień na froncie w Proxoli był po stokroć gorszy od tego co miało tutaj miejsce. Podążał arkebuzem za stworem. Niebieskie ślepia dojrzały jakiegoś trepiszcza, który zmienił się... W coś do cholery i podjął przegraną walkę.
-Abałki im, kurwa, nie wyrosły, że zamiast mózgu mają strupy? Wysyczał pod nosem odciągając kurek broni. Chwilę potem zbrojny trep, który najpewniej rozbuchnął całe te płomienie zapalającej flaszy.
-Ziemią, kurwa, zasyp! Warknął głośniej do niego namierzając kreaturę. W głowie zaświtał mu pewien pomysł. Łypnął szybko spojrzeniem w stronę stołów i rozgardiszu szukając blaszanego, lub metalowego pojemnika. Możliwie wąskiego. Jakiś dzban na bełt. A także jakiegoś papieru lub serwet papierowych i jakiś leżących wszędzie drobnych kamieni. Jakby kilka strzałów z arkebuzu było niewystarczające to tego kurwiszcza można wysadzić fugasem w powietrze. Jeśli tylko Egon miałby chwilę czasu, aby to zmajstrować. A, że magus już raz popisał się możliwością wybuchania rzeczy, tak stworzenie małej iskry w ładunku prochu nie będzie chyba zbyt trudne...
Nie oddawał strzału, ściągnął spust po dłuższym celowaniu dopiero gdyby nie miał Castavisa w linii strzału. Oraz poczekałby na manewr, aby dorzucić swoje trzy grosze gdyby stwór został w jakiś sposób odepchnięty. Bo mniej więcej dopiero wtedy mógłby spokojnie wypalić Akrebuz zwłaszcza takiego kalibru miał wręcz niszczycielską moc. Natomiast gdyby sprawy przybrały bardzo zły obrót dla wampira, to wypaliłby w kreaturę celując w górną część ciała - torsu oraz głowę, ażeby maszkaron się odczepił. Po strzale natychmiast zabrałby się za metodyczne przeładowywanie broni. Robił to już setki o ile nie tysiące razy...
#31PisanieRe: Sala Balowa   Czw Mar 01, 2018 10:34 pm


avatar
Administracja
Administrator
Join date : 24/04/2017
Liczba postów : 119
Zobacz profil autora
Wszyscy

Sakiki patrzył na Castavisa, który zorientował się, co było słabością owej bestii. Jednak, nie było dobrym pomysłem rzucać w niego czym popadnie. Każda rzecz, jaka trafiła potwora rozsypywała się, a on sam nieznacznie rósł. Co nie uszło uwadze tym bardziej spostrzegawczym.
I jak najbardziej, wystające z ziemi kamienne ostrza były sprawka Marcusa, który w ostatniej chwili uratował Cadence oraz Erestora przed potężnymi łapami sakiki. Jednak, sam przy tym dość solidnie oberwał, a jakby tego było mało został zatruty przez bestię, więc swoje będzie musiał odchorować.
Wszyscy mogliście patrzeć jak w pewnej chwili Castavis podczas pojedynku z sakiki został złapany za ramiona i dociśnięty do podłoża. Sakiki wyczuł w Rycerzu Feniksa moc ognia, która drzemałą w wampirze. Ten otworzył paszczę i zaczął wyciągać z leżącego jego energię.  Błękitna smuga zaczęła wypływać z ciała wojownika, który czuł jak opadają go siły. I tylko dlatego, że Egon zdecydował się strzelił, Castavis stracił tylko połowę swojej energii magicznej. W pewien sposób, żołdak uratował wampira od zdematerializowania się zbroi i utraty energii jego Kryształu Zodiakalnego szybciej, niż to było konieczne.
Strzał Egona trafił idealnie w klatkę piersiową bestii. To sprawiło, że stwór zachwiał się i dał kilka kroków w tył.
-Ghyaaa!-bestia ponownie ryknęła tak głośno, że każdy z was musiał zasłonić rękami uszy.
To jednak nie zniwelowało dźwięku na tyle, by nie bolała was od tego głowa, a także uszy.


Castavis

Dawałeś sobie radę dzielnie z sakiki, tylko dopiero po chwili zdałeś sobie sprawę, że rzucanie w niego tylko dodaje mu wzrostu, a zapewne też i siły. Cały czas w głowie myślałeś, co mogło się stać, że Marcus użył magii. Wiedziałeś, że koleś nie używał przemocy od tak, więc coś musiało się zadziać i...szybko zrozumiałeś co. Ktoś, na jego oczach musiał być w zagrożeniu życia, a on chciał tego kogoś uratować, nawet ryzykując swoim życiem. Nie wiedziałeś jednak, kto to mógł być. To dało ci odpowiedź na to, dlaczego Marcus był w tak opłakanym stanie. Stoczył bój z sakiki i najzwyczajniej w świecie go przegrał. Zdążyłeś także wydedukować, że ktoś zestrzelił żyrandol po to, aby unieszkodliwić tudzież spowolnić sakiki. Wiedziałeś też, drogą analizy, że musiał to być albo wprawny mag albo cholernie dobry łucznik, a mogłeś tutaj dostrzec tylko jednego osobnika, a raczej osobniczkę, która posiadała łuk.

Egon

Może i widziałeś śmierć oraz rozlew krwi, ale walka z sakiki nie była czyms, z czym miałeś styczność w Proxoli. Tam przeważały potwory, ale zupełnie inne niż ten, który stał przed tobą. Tu miałeś styczność z magiczną bestią, której praktycznie nic nie mogłeś zrobić. Właśnie dlatego, w takich momentach czułeś obrzydzenie do samego siebie, że jesteś tylko człowiekiem. Jednak, nauczony na polu walki tego, że bycie tym kim się jest, można przerzucić w atut sprawiło, że twój oddany strzał był wręcz epicki. Nie każdy będzie mógł się pochwalić tym, że był gotowy walczyć z sakiki, nawet jeśli to miało podłoże wzbogacenia się.  Wśród ludzi, na pewno będziesz kimś kto postanowił walczyć z sakiki i nie był Rycerzem Zodiaku! Tak chcąc nie chcąc, to Ty bardziej zapiszesz się na ramach historii jako odważny człowiek żołdak, którego kochanką jest mocny alkohol i jego arkebuz!

Cadence

Właśnie widok zażynanych pod twoim nosem niewinnych skutecznie wybił cię z tego całego załamania i przerodził się w gniew i chęć walki. Twoja pięść tak mocno zacisnęła się na łuku, że ten zaskrzypiał nieznacznie. Wiedziałaś, że jesteś naznaczoną, ale z drugiej strony trzeba było walczyć. Chciałaś walczyć z czymś, w co możesz się kiedyś zamienić, ale może niekoniecznie. Może właśnie tutaj zaczniesz nową historię dla naznaczonych? Kto wie.

Xairiana

Silny ból w głowie wywołany rykiem sakiki, do tego uzależnienie od krwi Marcusa sprawiło, że zdecydowałaś się uciec. Uciec jak najdalej. Korzystając z okazji, że nikt nie patrzy, wymknęłaś się przez okno mając nadzieję, że nikt nie widział twojej ucieczki. Jakby to wyglądało, gdyby dyplomatka została przyłapana na ucieczce z pola walki?

Erestor
Twoja zbroja rozprysnęła się, jak tylko moc Kryształu Zodiakalnego zużyła się. Zaczynałeś powoli odzyskiwać przytomność, ale twoje ciało jasno dawało ci znać, że nie dasz rady ruszyć tyłka o własnych siłach. Miałeś wrażenie, że przeforsowałeś się w jakimś cholernie ciężkim treningu.

Wszyscy
Nagle do waszych uszu dotarły słowa wypowiadane głosem przypominającym dźwięk czystej melodii dzwonu:

W imię Guardii, tej która świętej mocy nam użyczyła... zaczął głos-...jako strażnik tej ziemi,  zadaniem moim sprawić by z ciała twego ciemność wypędzona została!-jasne światło wleciało przez jedno z okien, a dokładnie tego, które miało idealny widok na sakiki.
Srebrny blask otulił potwora niczym sznur, po czym zamienił się w ostre pnącza, na których zakwitły czerwone róże.-Szach mat!- krzyknął głos, a różne rozprysły się zasłaniając wam wszystkim widok.
Jak tylko odzyskaliście możliwość widzenia zamiast sakiki leżało małe, około dziesięcioletnie dziecko. Tuż nad jego ciałem wisiał Kryształ Dusz. Poruszał się delikatnie, po czym sam powrócił na swoje miejsce.
W oknie mogliście dostrzec cień, którego peleryna łopotała delikatnie na wietrze, a rogi wystające od hełmu odbijały blask srebrnej tarczy. Postać poruszyła się błyskawicznie i na chwilę zniknęła wam z oczu.
Jak znalazła się na środku sali mogliście dostrzec Rycerza Zodiaku Smoka, który trzymał w ręku coś w rodzaju różdżki.
#32PisanieRe: Sala Balowa   Czw Mar 01, 2018 11:06 pm


avatar
Postać Niezależna
Skąd : Nexero
Join date : 13/08/2017
Liczba postów : 5

Statystyki
Życie:
24000/24000  (24000/24000)
Mana:
75500/75500  (75500/75500)
Pancerz:
0/0  (0/0)
Zobacz profil autora
Liczyłem, że Castavis będzie miał więcej oleju w głowie, ale cóż...widać, że jego brak pokory znowu się w nim odezwał. W sumie, czego się spodziewałem po tak starym wampirze? Czasami miałem wrażenie, że jednak Avenath ma więcej oleju w głowie, ale tak tylko odrobinę.
Użyłem mocy danej mi przez Guardię, aby unicestwić sakiki i doprowadzić go do ludzkiej formy. Nawet mnie widok, jaki zastałem zaskoczył.
-Dziecko...to już do tego się posuwają, skurwysyny jedne?-zacisnąłem uścisk na moje magicznej różdżce.
Spojrzałem na nią, a ona rozsypała się niczym rozbite szkło i zamieniła się w moją broń do walki, jakim był miecz z rękojeścią przypominającą łeb smoka.
Szybko się otrząsnąłem. Dobrze, że kiedy sakiki wrócił do ludzkiej postaci to pożar wywołany przez Castavisa i tego całego człowieczka sam się ugasił. Żałosna, ludzka kreatura, która pchała się w objęcia śmierci. Ludzie to naprawdę kretyni. Nic dziwnego, że to głównie z ich powodu Ziemię spotkał taki los, a nie inny.
Podszedłem do chłopca. Pokiwałem głową na boki, po czym wziąłem go na ręce. W mojej zbroi odbijał się ten cały syf, jaki powstał przez sakiki. Byłem bardzo ciekawy, jakiej mocy użyto, aby zamienić dziecko w sakiki.
-Potwory...-patrzyłem na jego nieruchome ciało.
Żył, na całe szczęście żył. Nie byłem pewien, czy zdołamy go w siedzibie uratować, ale zawsze warto. Zawsze.
Spojrzałem na Castavisa i skinieniem głowy nakazałem mu zabrać Erestora i iść za mną.  Skoczyłem na okno, gdzie już czekał przy mnie mój sowogryf imieniem Pearl, albo po prostu Perełka. Położyłem chłopca tak, aby nie spadł, a potem wyjąłem sakwę spod siodła. Rzuciłem nią z całej siły w stronę Egona. Woreczek rozsypał się, a tam błysnęły małe szmaragdy, diamenty oraz rubiny.
Nic nie mówiłem, tylko dosiadłem Pearla.
Znowu patrzyłem na tej ten...widok. Serce mi się krajało, że znowu doszło do masakry. Coraz bardziej miałem ochotę dorwać Pride i go zabić. Wyrwać mu serce i zgnieść w swojej dłoni. Zacisnąłem prawą dłoń w pięść, a metal zaskrzypiał o metal.
-Dorwę cię Pride, skurwielu, żebyś wiedział, że cię dorwę, a wtedy będziesz cierpiał za każdą twoją ofiarę skurwysynie.-syknąłem pod nosem.
Słyszałem, jak zbliżają się strażnicy i zapewne medycy. Nic tu w sumie po nas. Nie pomożemy już tym, którzy zginęli.
-Widzimy się za niedługo, Rycerzu Feniksa i Rycerzu Pegaza. Hya!-krzyknąłem do Pearla, aby odlecieć do siedziby zodiaku.
Po drodze, zacząłem się zastanawiać w jakiej to sytuacji zagrożenia życia znalazł się Erestor, skoro udało mu się jednak wezwać zbroję. To było bardzo intrygujące, no i moja myśl przeszła jeszcze w kierunku Kalliope oraz Avenatha i Pino. Ciekawe, czy Ave już się obudził i czy Pino wrócił...liczyłem, że ten drugi jednak pojawi się z powrotem w mieście, bo bez niego...jesteśmy nikim.

z.t -> do siedziby zodiaku

OOC:
 
#33PisanieRe: Sala Balowa   Pią Mar 02, 2018 12:23 am


avatar
Obywatel
Skąd : Proxola Płn.
Join date : 30/01/2018
Liczba postów : 9

Statystyki
Życie:
456/456  (456/456)
Mana:
50/50  (50/50)
Pancerz:
1200/1200  (1200/1200)
Zobacz profil autora
Jedno o czym można śmiało powiedzieć o Egonie, prócz tego, że jest zdziadziałym i cynicznym pijakiem o sardonicznym poczuciu humoru to fakt, że jest wybitnie dumny z bycia człowiekiem. Niewiele znaczącym w skali czegokolwiek żołdakiem, na domiar złego bez krzty możliwości władania magią i wchodzenia w interakcję z nią. Jednakże mogłoby się walić, palić i nadchodzić apokalipsa to jednak będzie zażarcie walczyć do samego końca niezależnie przeciwko czemu lub komu będzie musiał stawiać czoła. Gdy po sali rozniósł się huk wystrzału, Egon natychmiast sięgnął do sakwy po patron i rozpoczął żmudny proces przeładowywania arkebuza.
-Jebał cię pies i cała moja wieś! Warknął głośno natychmiast po strzale. Lecz wszystko wskazywało na to, że ten sięgnął celu, gdy stwór zachwiał się i ryknął głośno. Klęknął na kolanie i zdarł hełm z swojej głowy, by zasłonić uszy wierzchnią częścią nadgarstka. Syknął i przymknął oczy czekając, aż coś zamknie kreaturze cholerną trumnę. Gdy wreszcie zamilkła, natychmiast poderwał arkebuz by czym prędzej go przeładować, łypiąc tylko spojrzeniem co chwilę w stronę Castavisa i sakiki. Przeładowanie zajęłoby mu kilkanaście sekund. Miał wprawę, jak i korzystał z patronów, które znacznie skracały ten czas. Lecz prochownicy się nie pozbył, wciąż uznając ją za nader użyteczne narzędzie. Choć nie zdołał schować stempla z powrotem pod lufę, ni odciągnąć kurka, gdy do wnętrza wpadło białe światło. Zaś kilka chwil później w akcie, który Egon nie do końca rozumował kreaturę oplotły badyle, natomiast w eterze słyszał słowa jakby skurla z harmonium.
Ta klatka, to całe Larwnick było począwszy od kamienia skończywszy na mieszkańcach wszelakich szurnięte, dziwne,a typowe. W całym zestawieniu takich słów brakowałoby jednego. Normalne...

Przeładował broń i odciągnął kurek składając się do kolejnego strzału przeciwko... Nie wiedział jeszcze czemu, lecz wolał być po stokroć ubezpieczony niż żałować tego, że przez krótką chwilę opuścił gardę. Już bez hełmu zasłaniającego jego ponurą mordę wypatrywał zagrożenia, które nie nadchodziło. Żołdak był tylko człowiekiem, jednakże blizny na gębie, dłoniach czy reszcie ciała sprawiały, iż wyglądał jakby go zabito wcześniej już kilkukrotnie. I jakby skurwiel dalej nie chciał grzecznie zdechnąć mimo tego wszystkiego...
Upewniwszy się, że jest bezpiecznie sięgnąłby po hełm i nałożyłby go sobie z powrotem na czerep. Powstałby z ziemi wciąż jednak z karabinem gotowym do podziurawienia następnego niemilca i rozejrzałby się po wnętrzu. Ogień zgasł, natomiast wszystko inne podsuwało sugestię, że to koniec. I mimo tego, nie schował broni, łypiąc podejrzliwie w stronę Castavisa i reszty typa w dziwnych pancerzach. Choć po tym co pokazali dzisiaj takoż jak i reszta mieszkańców mógłby nazwać ich co najwyżej harcerzyki. Umknął w bok gdy jakiś mieszek poleciał w jego stronę. Błękitne oczy spoczęły na drogocennej zawartości, która się rozsypała po podłodze. Żołdak rzucił mało przychylne spojrzenie harcerzykowi.
-Widzę, że tutaj niewiele lepiej niż w Proxoli, kurwa jego mać. Warknął w jego stronę niepewnie podchodząc do klejnotów i trącając je nogą tak samo jak trąca się gówno. Ponad wszystko bezpieczeństwo. Dopiero później zaczął je zgarniać na jedną kupkę i wpakowawszy z powrotem do mieszka zabunkrowałby przy torbie. Ruderę sobie za to kupi... O tja. Bardziej niż satysfakcję czerpał z brzdęku niż z ujebania maszkarona. A przynajmniej wyeliminowania go. A następnie? Egon zacząłby się rozglądać po miejscu rzezi szukając czegokolwiek co mogłoby mu wpaść w oko i przejawiało wartość. Zachowywał się niczym kruk ucztujący na padlinie. Z wyjątkiem jeśli znalazłby kogoś kto żyje. Temu spróbowałby jako tako pomóc jako pierwszemu. Jeśli żywych było brak, to podchodziłby do zwłok, aby je obejrzeć i się nim przyjrzeć czy w jakiś sposób nie zostały skażone. Takoż i przypatrywałby się śladom bytowania sakiki, klękając na kolanie i patrząc na lepką ślinę, o ile znalazłby jej jakieś ślady. Przerzuciłby arkebuz przy ranie i zająłby się zmarłymi. Bynajmniej, aby ich splądrować, co zebrać do kupy i do pary ich resztki i fragmenty. Niejednokrotnie lepiej traktował zmarłych nich żywych. Nuż ktoś zapamięta sobie, że pomagał z tymi, których już wpisano do księgi. Medal mu, kurwa, za to dadzą i pomnik pierdolną...*
#34PisanieRe: Sala Balowa   Pią Mar 02, 2018 9:07 pm


avatar
Obywatel
Rycerz Zodiaku
Skąd : Larnwick
Join date : 19/01/2018
Liczba postów : 41

Statystyki
Życie:
1280/1280  (1280/1280)
Mana:
120/120  (120/120)
Pancerz:
0/0  (0/0)
Zobacz profil autora
Najwyraźniej było błędem rzucać czym popadnie w sakiki. Mógł się tego spodziewać. Zgubiła go jego własna brawura. W każdym razie rozglądając się wokół, wszystko zaczęło układać się w logiczną całość. Zanim Castavis się tu zjawił, trwała tu zażarta walka. Marcus walczył z sakiki, skończył w ciężkim stanie, w dodatku czego go rehabilitacja, bo spaczeniu. Ale wyliże się, na całe szczęście wampiry były odporne na spaczenie, aczkolwiek przez pewien czas odczuwały skutki spaczenia. Ktoś zrzucił żyrandol na potwora próbując go przygwoździć. To samo w sobie było niezłym wyczynem. Tylko jedna osoba miała tu łuk. Nie znał tej osoby, ale musiał przyznać że z pewnością strzela zajebiście dobrze.
Sakiki rzucił się na Casa i przyparł do ziemi. Mało tego, zaczął z niego wysysać energie. Jebany skurwiel.
- Złaź ze mnie skurwysynu jebany! - Już podkulał nogi, żeby wyprowadzić kopnięcie, które być może odrzuciłoby potwora. Nie zdążył jednak zrobić niczego, bo potwór oberwał kulą od Egona. Można powiedzieć że ten człowiek, właśnie uratował mu dupę. Nagle sakiki się rozwrzeszczał, co było cholernie nieprzyjemne dla jego wrażliwego słuchu. Odruchowo zasłonił uszy rękoma. Chciał się już rzucić na potwora, aby się odpłacić. Nie zdążył jednak tego zrobić bo usłyszał znajomy głos. Był to oczywiście Havnox, za chwilę jasne światło wpadło do pomieszczenia. WIedział oczywiście co ono znaczy, więc nie zdziwił się widząc demona z różdżką w ręku. Zaskoczyło go natomiast w co odmienił się sakiki. Było to dziecko...
- Co do kurwy nędzy? To już jest pierdolona przesada! DZIECKO?! - Zacisnął pięść i uderzył w ścianę, w której zrobiło się spore wgłębienie od jego uderzenia. Był wkurwiony z dwóch powodów. Raz że te skurwysyny posuwają się już do zamieniania dzieci w sakiki, a po drugie zawiódł. I czuł się z tym cholernie podle. Była to dla niego porażka osobista. Liczył na to że Dowódca nie będzie musiał wkraczać do akcji. Nie było jednak zbyt wiele czasu, na użalanie się nad sobą. Musiał zabrać stąd Erestora, który leżał półprzytomny. Podszedł do niego.
- Dobra młody, trzeba Cię stąd zabrać. - Podniósł go ostrożnie i przerzucił przez ramię. Czuł się trochę osłabiony po wyssaniu energii, ale wyniesienie elfa z ratusza nie było dla niego trudnym zadaniem. Wymienił tylko porozumiewawcze spojrzenia z Havnoxem, po czym zagwizdał po swojego sowogryfa. Madfire, bo tak miała na imię, posłusznie podleciała pod jego nogi. Castavis ułożył Erestora na grzbiecie zwierzaka, po czym sam również go dosiadł.
- Dalej Madfire, lećmy do siedziby zodiaku. Musimy go odstawić do sali szpitalnej, a ja muszę porozmawiać z dowódcą... - Wcale nie był pocieszony tą wizją, ale musiał z nim porozmawiać. Zawiódł i czuł potrzebę wytłumaczenia się z tego. Mimo że tak naprawdę nie czuł, żyby istniała w ogóle możliwość wytłumaczenia się z hańby jaką poniósł. Przynajmniej tak to widział Castavis.
z/t --> Kwatera główna Rycerzy Zodiaku.
#35PisanieRe: Sala Balowa   Pon Mar 12, 2018 12:27 am


avatar
Obywatelka
Naznaczona
Skąd : Nimph's Islands
Join date : 02/11/2017
Liczba postów : 14

Statystyki
Życie:
520/520  (520/520)
Mana:
350/350  (350/350)
Pancerz:
0/0  (0/0)
Zobacz profil autora
Akurat, kiedy Cadence znów pozbierała się do kupy, zagrożenie zniknęło jak za dotknięciem magicznej różdżki. Nie żeby to była zła rzecz, oczywiście, ale było coś nieprzyjemnego w spokoju po bitwie - zapewne dlatego, że zaczynała w nim docierać do człowieka waga sytuacji. Mało ją obchodziło, że sakiki okazał się być dzieckiem. Każde życie jest cenne, i grunt, że to akurat udało się ocalić.
Teraz wypadało by poszukać wśród ciał osób, którym jeszcze można było pomóc. Dobrym kandydatem na takową był najemnik, który zamortyzował upadek elfa po nieudanej lekcji latania. Wydawało się jej nierealne, że zodiaka-podlotka zabrano beż żadnego poważania dla najemnika. Naznaczona zaczynała się domyślać, dlaczego mieszkańcy żywią taką niechęć do ich organizacji. Pierwsze wrażenia miały duże znaczenie, a ona sama miała okazję zobaczenia ich głównie z tej wulgarnej, lekkomyślnej strony... Cadence przetarła twarz jeszcze raz, ścierając z niej ślady po łzach, i ruszyła w stronę Rabadona, rozglądając się po drodze za swoją wełnianą peleryną. Pozostawała ona ważna dla przetrwania dziewczyny, nawet przypalona czy obryzgana krwią, więc jeśli ją znalazła - zarzuciła ją na ramiona i przykucnęła przy nieprzytomnym. Zamierzała poczekać przy nim przynajmniej po to żeby wskazać go ratownikom, którzy, jak się domyślała, muszą już być w drodze do ratusza. Źle się czuła z tym, że jej samej nie spadł nawet włos z głowy. Szukała więc ukojenia dla swojego sumienia przydając się jak tylko mogła.
#36PisanieRe: Sala Balowa   Wto Mar 13, 2018 12:23 pm


avatar
Administracja
Administrator
Join date : 24/04/2017
Liczba postów : 119
Zobacz profil autora
Egonowi nie udało się dokładniej rozejrzeć po pomieszczeniu, gdyż w mgnieniu oka wpadła do niego grupa policjantów, strażaków oraz medyków. Na czele tej grupy stał Carmel, główny komendant oddziałów mundurowych w mieście Larnwick.
Ogień, który wcześniej został wywołany głupotą Egona oraz Castavisa nie pozostał niewidoczny. Czerwona łuna szybko została dostrzeżona podczas panującej wtedy nocy, która swym ciemnym płaszczem otulała miasto. Zaalarmowane służby mundurowe od razu ruszyły do akcji. Dlatego właśnie tak szybko zjawili się w miejscu niebezpieczeństwa.
Mimo, że w teorii było już po wszystkim, to Carmel nie zamierzał odpuszczać nikomu. Zamierzał przesłuchać każdego, kto przeżył czy też był świadkiem, tudzież jedno i drugie. Walka z sakiki to jedno, ale narażenie niewinnych mieszkańców to drugie. Zginęło sporo osób tylko dlatego, że ktoś nie potrafił ruszyć należycie głową. Wszyscy wiedzieli, jakim skurwielem jest Carmel i ten, kogo dorwie będzie musiał się liczyć ze sporymi konsekwencjami.
Ekipa ratunkowa zaczęła zajmować się Marcusem, Rabadonem oraz Cadence. Przy radnym byli bardzo ostrożni, gdyż od razu dostrzegli, że został on spaczony przez sakiki. Zatem szybko został przeniesiony do siedziby Rycerzy Zodiaku, do sali medycznej, gdzie mógł na spokojnie dojść do siebie. Rabadon oraz Cadence zostali zabrani do szpitala miejskiego.
Ciała pomordowanych mieszkańców oraz miejsce zbrodni zaczęła zabezpieczać policja, a straż pożarna wyłączyła całkowicie ratusz z użytkowania do czasu wyremontowania uszkodzonych elementów konstrukcji.
I tak jak przypuszczano różowo-fioletowe niebo, które wcześniej pojawiło się nad całym miastem przyniosło krwawe żniwo, którego wszyscy się obawiali.


Epilog


Pomordowani w zamachu przez sakiki mieszkańcy zostali godnie pochowani. Jednak ponure nastroje nie przestały prześladować pozostałych, tych, których nadal mogli cieszyć się życiem. I nawet wizyta Bogini Afrodyty nie zmieniła atmosfery panującej w Larnwick.
Mimo, że miasto zamieniło się w różany ogród, to radość z niego trwała tylko chwilę, gdyż  czarne flagi łopoczące na wietrze cały czas przypominały o tragedii jaka miała miejsce tydzień temu.
Carmel tak jak obiecał, doszedł kto spowodował pożar w ratuszu, a kto próbował pomóc. I tutaj, ktoś by powiedział, że to nie możliwe, ale piekielnik zrobił coś wbrew swojej naturze. Odkrył w szpitalu, czystym przypadkiem kim była Cadence i dlaczego sakiki pojawił się w ratuszu. Z początku, założył, że najlepszym sposobem będzie pozbycie się problematycznego elementu, ale z drugiej strony widząc ją wtedy, w ratuszu w takim stanie coś poruszyło jego nadal lodowe serce. Wysłał list do Cadence z informacją oraz dokumentem, który poświadczał, że nic złego w Larnwick się jej nie stanie. Jeśli jednak stanie się inaczej mogła śmiało się zgłosić do niego po pomoc. Doszedł również do świadka, który potwierdził, że naznaczona walczyła zaciekle z potworem razem u boku Rabadona, Marcusa oraz Erestora. Dlatego obiecał jej, że znajdzie sposób, aby wyleczyć ją z naznaczenia, bo tylko tak mógł się odwdzięczyć za pomoc. Tak, Carmel był dość niespodziewanym osobnikiem, chociaż powiada się, że zmienia go jego ukochana osoba, ale o tym kiedy indziej, to nie ta bajka...
Marcus, Rabadon oraz Erestor otrzymali platynowe odznaczenia za pomoc w walce z sakiki.
Co zaś tyczy się Xairany, ktoś widział jak uciekła przez okno i nawet nie stanęła do walki.  Szybko straciła na reputacji w Aglar za swoje zachowanie. Zamiast pomóc, wolała dać dyla. Natomiast Egon oraz Castavis otrzymali listy z prokuratury z oskarżeniem. Obaj zostali oskarżeni o doprowadzenie do zniszczenia mienia publicznego jakim był ratusz, o spowodowanie śmierci niektórych mieszkańców miasta, którzy pojawili się na zebraniu i zostali wezwani przez sąd. Dowody były jasne i klarowne, że nie mieli szans na obronę. Konsekwencjami takiego głupiego zachowania była utrata przez Egona pracy, nie tylko z powodów wcześniej wspomnianych, ale też za picie w miejscu wykonywania pracy. Castavis, mimo, że był Rycerzem Zodiaku, nie zwalniało go to od przestrzegania prawa, bo tak jak inni był obywatelem Aglar. Wampir jako dość majętna osoba mogła wypłacić odszkodowanie rodzinom zamordowanych, jednak co do Egona, który nie za bardzo miał grosz przy dupie została odebrana wolność na okres dziesięciu lat. Nie, nie poszedł do przysłowiowego pierdla, ale przez dziesięć lat będzie miał obowiązek pracować dla każdej z rodzin, dopóki nie odpracuje tyle, ile wynosiło odszkodowanie, czyli 50 tysięcy złotych monet. Carmel nie zamierzał ustępować ani na trochę. Byli winni i musieli ponieść tego konsekwencje. Powtarzał tylko, żeby cieszyli się z tego, że nie zostali skazani na karę śmierci, bo na taką decyzję musi wydać pani burmistrza, a tej nie było teraz w mieście.
Główny komendant nakazał również wzmocnić straże, co za skutkowało pojawieniem się dodatkowych i dobrze uzbrojonych policjantów. Dodatkowo zakazano opuszczania bram miasta w godzinach nocnych, nie licząc bardzo skrajnych przypadków. Carmel wystawił również list gończy za tajemniczym łowcą khajitem, który rozpłynął się w powietrzu, a prawdopodobnie w jakiś sposób był połączony z tą całą sprawą.
Życie w Larnwick nie wróciło do normy, to były tylko pozory, bo mieszkańcy chcieli zapomnieć, chociaż na chwilę o tym, co złe.
#37PisanieRe: Sala Balowa   



Sponsored content
Powrót do góry Go down
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 2 z 2Idź do strony : Previous  1, 2

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Crystal Empire :: 

Larnwick

piękna stolica Aglar

 :: Kak Grove :: Ratusz
-
Wymiana
Opisy przedstawiające uniwersum świata zostały stworzone przez Administrację Crystal Empire oraz Użytkowników pomagających przy tworzeniu forum na podstawie pomysłów własnych oraz inspiracji różnymi źródłami, zabrania się ich kopiowania. Stronę graficznąforum wykonała Przyczajona Grafika z grupy Monochrome Layouts z pomocą kodów własnych lub w inspiracji kodami znalezionych w różnych miejscach. Za pomoc dziękujemy Moe - Yuriee.
HogwartDream aegyo