Share |  Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : 1, 2  Next
#1PisanieSala Balowa   Czw Cze 01, 2017 9:41 pm


avatar
Administracja
Head admin
Join date : 24/04/2017
Liczba postów : 485
Zobacz profil autora
#2PisanieRe: Sala Balowa   Pią Gru 29, 2017 1:38 am


avatar
Administracja
Administrator
Join date : 24/04/2017
Liczba postów : 113
Zobacz profil autora
Historia lubi zataczać koło, zawsze i wszędzie. Jednak można uniknąć zaskoczenia, jakie się z tym wiąże. Trzeba tylko dostrzegać znaki, jakie wcześniej się pojawiają. Trzeba otworzyć oczy, zacząć patrzeć tam, gdzie się wcześniej nie spoglądało.

Tej nocy, mieszkańcy Larnwick zorganizowali zebranie. Sala balowa, która zawsze gościła muzyków oraz pięknie ubrane kobiety oraz mężczyzn. Wtedy, piękna i radosna melodia krążyła po pomieszczeniu napełniając wszystkich szczęściem. Dzisiaj jednak towarzyszył wszystkim smutek oraz strach przed tym, co stało się dwadzieścia lat temu.
Wielu obecnych, boleśnie pamiętało tamten okres, gdyż stracili ojców, matki, rodzeństwo, małżonków i inne bliskie im osoby. Dlatego właśnie, bez wahania, spontanicznie zorganizowanie spotkanie w ratuszu dla kilkunastu, wcześniej wybranych istot. Mimo, że pani burmistrz w mieście nie było, to posłano gońca, aby jak najszybciej dowiedziała się, co takiego miało miejsce.
Przewodniczącym spotkania był niskiej postury, siwiejący już mężczyzna. Długi, czarny wąs wystawał spod nosa i drgał, gdy tylko padały kolejne pytania co należy dalej zrobić. Nawet przebudzenie nowych Rycerzy Zodiaku nie napawało radością, gdyż wiedzieli, co stało się z poprzednim oddziałem. Wiara w obrońców miasta została mocno zachwiana i nie wierzono, że młodzi i nowi Wybrańcy poradzą sobie z zadaniem, jakie ich czeka. Przecież, skoro weteranom się nie udało, to jak poradzą sobie...amatorzy?
-Nie możemy czekać na Rycerzy Zodiaku! -zawołał jakiś mężczyzna koło trzydziestki, ubrany dość ekstrawagancko, co mogło świadczyć o tym, że pieniędzy mu nie brakuje-Przypomnijcie sobie, co się stało, z poprzednimi Rycerzami! Nie byli w stanie na uratować!- krzyknął w końcu dość głośno.
-A cicho siedź stary dziadzie! Oddali życie w obronie miasta, między innymi po to, żeby takie zgredy jak ty mogły dalej kąpać się w złocie!-młoda kobieta, mająca mniej więcej lat dwadzieścia, oparła zamknięte w pięści dłonie o swoje biodra-Trochę szacunku, sknerusie.-potrząsnęła głową, a blond loki poruszył się na wszystkie strony-Mamy jeszcze Strażników, którzy zostali powołani do obrony. Zawsze mogą wspomóc Rycerzy Zodiaku.-dodała po chwili.
-A gdzie oni byli, kiedy nasi przyjaciele, rodzina umierali?! Gdzie oni byli?!-rudowłosy mężczyzna, ubrany w rolnicze ubranie pogroził pięścią-Zjawili się znikąd i mamy im zaufać?! to chyba jakieś żarty!-zaczął tupać nogą-Nie zgadzam się! Już wolę się wyprowadzić z miasta!
Przewodniczący przysłuchiwał się dyskutującym zakręcając wąs o swój palec. Wyglądał na dość  znudzonego i znużonego tym wszystkim.
-Jak jesteście tacy wszyscy mądrzy, to może sami stańcie do walki?-kobieta w kwiecie wieku, ze spiętymi włosami w kok zaczęła się odgrażać-Tacy jak wy, to tylko chowali dupy kiedy napadnięto na miasto zamiast pomagać! Baliście się ubrudzić swoje zacne rączki?
-A co pani za dyrdymały opowiada!-elegancik zacisnął pięści, aż mu knykcie zbielały.
-Mówię najszczerszą prawdę.-kobieta teatralnie odwróciła głowę w bok.
-To win tych wszystkich lykan, wampirów, elfów, aniołów, demonów i chuj jeden wie co jeszcze! Dopóki się nie ujawnili i siedzieli cicho, to był święty spokój! Można było żyć bez obaw, a teraz?!-krzyknął ktoś z niewielkiego tłumu.
-A może to wasza wina, ludzi, bo nie potraficie opanować swojej dumy i musicie na prawo i lewo nią manifestować?!-dało się szybko słyszeć odpowiedź.
I tak, jedno kierowane nienawiścią oskarżenie doprowadziło do dość sporego sporu, które odbijało się od ścian sali balowej.
-Dosyć tej bezsensownej kłótni!-przewodniczący uniósł prawą rękę ku górze, aby wytworzyć słup ognia.
Szybko w sali zapanował spokój.
-Nie ważne, jakiej rasy jesteśmy, elfem, wampirem, lykaninem czy jeszcze kimś innym. Mieszkamy tutaj razem i musimy razem zadbać o dobro naszego miasta. Larnwick to nasz dom. Nie możemy srać we własne gniazdo.-mężczyzna odparł twardym i stanowczym głosem-Nawet Rycerze Zodiaku nie byli tylko ludźmi. Tych, których oskarżacie, oddali za was życie te dwadzieścia lat temu. Przez szacunek o nich i ich pamieć, przestańcie ze sobą walczyć.-podrapał się po głowie-Poprosiłem Marcusa Takato, aby się zjawił na spotkanie i porozmawiał ze Smokiem, co dalej planują. Póki co, nie prośmy Strażników Miasta o pomoc. Może to i ryzykowne, ale jestem za tym, aby nowi Rycerz Zodiaku się wykazali. Jeśli nie damy im szansy, to nigdy się nie dowiemy, na co ich stać. Rozumiem, że boimy się, bo poprzedni polegli, ale nie pozwólmy, aby ich ofiara poszła na zatracenie. Los wybrał Nowych Rycerzy i musimy to zaakceptować. Teraz, musimy się dowiedzieć, czemu znowu tak się stało i dlaczego.-jegomość spojrzał po wszystkich zebranych-To stało się zupełnie jak wtedy...pamiętacie, że tamtym okresie, naszej burmistrz także nie było? Zupełnie tak, jakby ten, który za tym wszystkim stoi, wiedział doskonale, że naszej burmistrz znowu nie będzie. Ona tak rzadko wyjeżdża...
-Ostatnio wyjechała i nic się nie stało! Więc dlaczego, miałby wybrać akurat taki moment jak ten? -zawołał ktoś z tłumu.
-Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie, ale na pewno się dowiem.-przewodniczący zamyślił się-Wiem od Smoka, że po okolicy krąży Sakiki, może on jest łącznikiem? Wtedy, też było podobnie. Jedno jest pewne, musimy się zabezpieczyć, lepiej niż ostatnio. Zadziałać, a nie siedzieć bezczynnie. Może to z naszej winy poprzedni Rycerze umarli, bo zawiedliśmy. Oni nas chronili, a my ich zostawiliśmy.- mężczyzna zacisnął pięści-Trzeba przekazać kobietom i starszym, aby przenieśli się wraz z dziećmi, przynajmniej na razie do pobliskiej wioski. Zbiorę ludzi do tej roboty.-przewodniczący zamknął powieki, po czym je otworzył-Ci, którzy potrafią walczyć oraz czują się pewnie, aby wziąć do ręki oręż niech zostanie w wiosce, a część tutaj w mieście. Ci, którzy nie parają się wojaczką, ani magią, niech pomogą zabezpieczyć zapasy, zarówno jedzenia oraz broni.-poluzował nieco spięty pod spoconą szyją kołnierz-A teraz poczekajmy na Marcusa Takato, a w międzyczasie zróbmy sobie przerwę. Poprosiłem o przygotowanie posiłków, lada moment, powinni pojawić się kelnerzy z tacami.
Chwilę po tym, jak padły owe słowa z ust mężczyzny do sali weszło kilkunastu kelnerów z tacami, wraz z posiłkiem. Nie był to wygórowane potrawy, bo tylko zwykłe kanapki oraz ciepłe napoje, herbata albo kawa, ale starczyło, aby zaspokoić głód.
Wieść o spotkaniu rozeszła się bardzo szybko i każdy mógł się na nim pojawić, a wręcz nakazane było, aby Rycerze Zodiaku zjawili się na nim. Wszak przed nimi stało teraz bardzo ważne zadanie jakim było ochrona miasta.
Nie oznaczało to jednak, że inni czujący się na siłach, by walczyć czy pomagać, nie mogli się pojawić. Jak najbardziej mogli, a ich obecność była również, jak najbardziej wskazana.

//
OOC:
 
#3PisanieRe: Sala Balowa   Pią Gru 29, 2017 10:55 pm


avatar
Obywatel
Rycerz Zodiaku
Skąd : Namitto
Join date : 11/08/2017
Liczba postów : 40

Statystyki
Życie:
488/488  (488/488)
Mana:
740/740  (740/740)
Pancerz:
0/0  (0/0)
Zobacz profil autora
//ze swojego domku w lesie

Po opuszczeniu mojego kochanego ogródka udałem się do miasta. Stąpałem lekko niczym i przemykałem szybko między drzewami niczym tancerz. Czułem się jakby coś ciężkiego spadło mi z serca choć nadal pozostawał po tym ślad. Ale nie byłem już tak przybity jak wcześniej, nie uginałem się pod ciężarem poczucia winy. Spacerując po mieście zdobywając informacje. Moje odzienie przykrywał płaszcz. Może przyciągałem spojrzenia ale przynajmniej widzieli we mnie najpewniej zwykłego  obywatela a nie Zodiaki i szlachcica. O sakiki niestety się nie dowiedziałem a właśnie na tym mi zależało. Dzięki tej walce mogłem pokazać, że jestem godny tytułu Rycerza. To dosyć zabawne, urodziłem się szlachcicem a muszę walczyć o tytuł. No  ale cóż, to nie Namitto.
Od jednego z mieszkańców dowiedziałem się o zebraniu w ratuszu. Skoro Rycerze Zodiaku muszą się na nim pojawić to i ja powinienem tam być. Dopóki mam ten kryształ to formalnie jestem Zodiakiem. Chociaż Smok i Pino twierdzą inaczej. Westchnąłem i na chwilę się zatrzymałem się opuszczając głowę. Tak, ta dwójka, najważniejsze osoby w zakonie. Sowa była naszym Opiekunem i to jemu rycerze wszystko zawdzięczają. Smoka był naszym dowódcą. Ten jeden dzień będzie mnie chyba prześladował do końca moich dni. A ich być może pozostało mi niewiele. W końcu w tym zawodzie niczego nie wiadomo.
Zacisnąłem pieść, nie będę się nad sobą użalać. Zepsułem coś to trzeba spróbować to naprawić. I niech mnie diabli wezmą jeśli nie zrobię wszystkiego co w mej mocy by to naprawić.
Otworzyłem drzwi ratusza, raczej nikt nie próbowałby mnie zatrzymywać, w końcu było to spotkanie otwarte.
Zakładając, że udało mi się dotrzeć do wspomnianego wcześniej pomieszczenia starałem się nie przykuwać uwagi. Znajdować się na tyle blisko by nie wzbudzać podejrzeń i jednocześnie tak daleko by nie zwracać na siebie uwagi. Trzymać się tłumu w który można się było wtopić. W końcu nie powiedziano gdzie mają stać i co mają robić Rycerze Zodiaku na tym zebraniu. A wmaszerować tutaj i powiedzieć "Dzień dobry, jestem nowym Zodiakiem, Pegaz mówiąc konkretniej" chyba nie powinienem. Poza tym nigdy nie lubiłem tłumów, wolę mniejsze grupki i małe zebrania. A nie pół miasta w jednej komnacie....


Ostatnio zmieniony przez Erestor Véneaná dnia Czw Sty 04, 2018 6:55 pm, w całości zmieniany 1 raz
#4PisanieRe: Sala Balowa   Sro Sty 03, 2018 6:49 pm


avatar
Obywatel
Skąd : Zuproiria
Join date : 02/11/2017
Liczba postów : 12

Statystyki
Życie:
432/432  (432/432)
Mana:
210/210  (210/210)
Pancerz:
0/0  (0/0)
Zobacz profil autora
Wkroczył nieśpiesznie ale pewnie. Wiedział, a przynajmniej domyślał się, że chmarę tych ludzi i innych istot w większości stanowią mieszkańcy. Bezbronne istoty które prędzej zrobią w gacie lub rzucą się do ucieczki na widok potwora aniżeli staną naprzeciwko niego. Pewnie tylko garstka przybyłych i ci wielce oczekiwany, pewnie tylko przez niektórych, rycerze zodiaków będą w stanie coś zaradzić. No bo w końcu to jest ich obowiązek, a on i jemu podobni? heh, pewnie tylko w paradę będą sobie wchodzić wzajemnie. Tamci będą chcieli udowodnić, że są godni swego miana a najemnicy jak się nie zorganizują to pożrą się o wypłatę.
- Ech... - westchnął na samą myśl o tym. Nie za głośno, nie za cicho, tak w sam raz aby tylko on i może ktoś w pobliżu to usłyszał. Jak sobie tylko zdał sprawę z tego, że inni ludzie do wynajęcia będą robić mu konkurencję zaczął rozmyślać nad połączeniem sił z tymi całymi rycerzami zodiaków. Sam ten tytuł nie robił na nim specjalnie wrażenia, ale niektórzy mogą mieć ciekawe i przydatne podczas polowania na potwora, umiejętności. Nim jednak do tego dojdzie, będzie musiał poczekać na ich przybycie...
Sam zajął jednak miejsce z boku skąd mógł obserwować całe to wydarzenie i mając kluczowe miejsca oraz osoby na oku. Wiedział jednak, że wszystkiego swym wzrokiem objąć nie zdoła toteż skupił się na obserwowaniu tłumu słuchaczy jak i wejścia skąd w każdej chwili mógł ktoś wejść. Standardowo również trzymał swoją broń pomiędzy założonymi rękoma, ukradkiem trzymając ją jedną ręką.
#5PisanieRe: Sala Balowa   Czw Sty 04, 2018 12:10 am


avatar
Obywatelka
Naznaczona
Skąd : Nimph's Islands
Join date : 02/11/2017
Liczba postów : 14

Statystyki
Życie:
520/520  (520/520)
Mana:
350/350  (350/350)
Pancerz:
0/0  (0/0)
Zobacz profil autora
Ile czasu minęło, od kiedy ostatnio zawitałam w mieście? Ciężko to dokładniej określić, ale ogólnie można stwierdzić, że dużo. O wiele za dużo. Miałam szukać choćby plotek o lekarstwie czy innych naznaczonych, a zamiast tego wałęsałam się po lasach, mając na celu jedynie przetrwanie. Owszem, bałam się skupisk ludzi i miałam ku temu dobre powody, jednak odizolowywanie się również na nic mi się nie zdawało. Ganiąc się w myślach za tchórzostwo, postanowiłam, że nie ominę kolejnej osady na którą się natknę szerokim łukiem. I tak się akurat złożyło, że tą kolejną osadą było Larnwick.
Trafiłam tu chyba w nienajlepszym dla miasta czasie, bo nawet na jego obrzeżach panowało poruszenie. Postarałam się dopytać mieszczan, co się dzieje. Sprawiło mi to nie lada trudność, bo nie pamiętałam nawet, kiedy ostatnio miałam okazję rozmawiać po angielsku. Albo w ogóle rozmawiać z drugą osobą. Razem z informacjami o spotkaniu w ratuszu zebrałam więc też kilka zdziwionych spojrzeń, nie zaskoczyło mnie to jednak - cała sprawa wyglądała na śmiertelnie poważną, a ja dopiero co się o niej dowiadywałam. Można by wręcz powiedzieć, że z aktualnymi wydarzeniami byłam w lesie, ha.
Po dotarciu do ratusza (o drogę do którego też musiałam spytać parę razy), przelotnie przyjrzałam się reszcie zebranych. Było tu parę osób ubranych w ciemne kolory, przysłaniających twarze kapturem lub, jak ja, kominem. Wyglądało na to, że w obliczu kryzysu nawet typy spod ciemnej gwiazdy stawały w obronie swojego miasta... Albo skupisko ludzi było łatwym celem dla kieszonkowców, kto wie. W każdym razie, nie wyróżniałam się tak bardzo dzięki nim, co nieukrywam dodawało mi otuchy. Myśl o tym, że ci wszyscy ludzie zebrali się, aby zapolować na potwora, również bardzo mnie ekscytowała - wreszcie będę miała okazję uczestniczyć w polowaniu na coś bardziej wyzywającego niż zające i bażanty! Sama wizja pomyślnie zakończonych łowów sprawiała, że przechodziły mnie ciarki... Uśmiechając się w duchu znalazłam sobie wygodne miejsce miejsce wśród innych zgromadzonych istot i stałam się kolejną twarzą w tłumie, oczekując niecierpliwie na dalszy rozwój akcji.
#6PisanieRe: Sala Balowa   Nie Sty 07, 2018 2:05 am


avatar
Obywatel
Rada miasta
Skąd : Stary Świat
Join date : 09/07/2017
Liczba postów : 20

Statystyki
Życie:
500/1280  (500/1280)
Mana:
965/1000  (965/1000)
Pancerz:
0/0  (0/0)
Zobacz profil autora
Byłem w sali od samego początku tego całego spotkania, tylko ukrywałem się w cieniu, jak to w wampirzym zwyczaju miałem. Jak to się stało, że tutaj byłem wcześniej? Cóż to bardzo proste. Czasami przesiadywałem w tutejszej bibliotece. Dzisiejszego dnia było tak samo. Przeszukiwałem archiwum, aby znaleźć dokumenty wspominające o wydarzeniach sprzed dwudziestu laty. To całe różowe niebo przypomniało mi tylko o czymś, o czym chciałem zapomnieć.
Nadal pamiętam, aż za dobrze te wszystkie wydarzenia. Najbardziej bolało mnie patrzenie na śmierć dzieci. Miały jeszcze tyle życia przed sobą, a Pride w tak brutalny sposób odebrał im to wszystko. Na samą myśl, aż się we mnie gotowało. Zacisnąłem dłonie w pięści, aż mi knykcie zbielały. Do tej pory prześladował mnie widok tej dziewczynki, która umarła na moich rękach i prosiła, abym przekazał jej matce, że ją bardzo kocha. Nie lubię stosować przemocy, ale jak tylko Pride stanie mi na drodze, osobiście zapłaci mi za krzywdę niewinnych.
-"Marcusie, spokojnie, nie ma co się teraz denerwować. To nie pomoże."-rzuciłem do siebie w myślach, żeby odgonić gniew.
Nie mogłem pozwolić, żeby mną kierował. Nie przystoi, aby tak wiekowy i doświadczony wampir dał złym emocjom na to, by go kontrolowały. Mnie było ciężko wyprowadzić z równowagi, ale kiedy ktoś krzywdził tych, którzy byli dla mnie ważni lub zabijał niewinnych, bo taki miał kaprys, wtedy mógł zaznać mojego gniewu.
Stałem w rogu sali, opierając się o ścianę plecami. Ręce miałem skrzyżowane na wysokości klatki piersiowej. Rondo od mojego brązowego kowbojskiego kapelusza rzucało cień na moja twarz zasłaniając ją nieznacznie. Błękitna koszula, ozdobiona krawatem bolo pasowała idealnie do niebieskich jeansów, których nogawki częściowo zakrywały kasztanowe kowbojki. Miałem zamknięte powieki, kiedy słuchałem tych przekomarzań wszystkich i obrzucania się błotem. Żywi byli naprawdę żałośni. Dopiero, kiedy przeżyłem nieco jako wampir, z naciskiem na nieco, zrozumiałem, że takie sytuacje są bardzo dziecinne. Dorośli, którzy nie potrafili chłodnym okiem spojrzeć na to wszystko, co miało miejsce. Pokiwałem lekko głową na boki.
Otworzyłem jedną powiekę, kiedy posłyszałem o przerwie. Wiedziałem, że zaraz mogłem ujawnić swoją obecność. Poczekałem jeszcze chwilę, aż wszyscy zakosztują strawy, po czym wyszedłem z cienia.
-Powinienem was wszystkich pozabijać, za kalanie imienia Rycerzy Zodiaku.- ręce opuściłem, aby ukryć dłonie w kieszeniach spodni.-Oni walczyli za to, abyście wy mogli żyć. Oddali za was życie, a wy tak okazujecie im wdzięczność?-stanąłem na środku sali.-Jesteście żałośni. Nie doceniacie daru życia, jaki został wam ofiarowany.-spojrzałem po kolei po wszystkich swoimi złotymi oczami.-Zacznijcie szanować dar życia, bo raz utracone już do was nie wróci.-zacząłem ruszać dłońmi w kieszeniach.
Z jednej z nich wyjąłem paczkę papierosów, z drugiej zapalniczkę.
Jak tylko otworzyłem opakowanie, wyjąłem zębami jednego skręta, a potem kartonik wylądował na swoim miejscu. Zapalniczka wydała ciche kliknięcie, a na jej nasadzie pojawił się czerwono złoty płomień, który posłużył mi do zapalenia papierosa. Zaciągnąłem się, a potem spojrzałem na zapalniczkę.
Mała, srebrna i prostokątna z wygrawerowaną głową wilka. Była tak stara jak ja, ale wiernie mi służyła, mimo, że była na krzesiwo. Na samą myśl o dawnych czasach uśmiechnąłem się pod nosem, a potem szybko ukryłem mój mały skarb na swoje miejsce.
-Zamiast wspominać przeszłość, zajmijmy się teraźniejszością i przyszłością. Dwadzieścia lat temu dostaliśmy, wszyscy lekcję życia, które teraz powinniśmy wykorzystać. Nikt z nas nie chce, aby historia zatoczyła koło, prawda?-wypuściłem dym z ust, patrząc jak rozrzedza się w powietrzu-Moja propozycja na teraz jest następująca, niech póki co zostaną teraz ci, którzy naprawdę chcą pomóc przygotować plan obrony miasta na wypadek najgorszego scenariusza. Reszta zaś, niech idzie do domu i ewentualnie przygotuje się na ewakuację,ale nie zakładajcie od razu najgorszego. Pamiętajcie, że tamtego dnia, zaraz po tym jak pojawiło się różowe niebo, miasto zostało zaatakowane. Tym razem było inaczej. Zatem, coś się zmieniło.- znowu wodziłem wzrokiem po wszystkich zebranych.-Skoro mamy element zmienny, osoba, która dopuściła się wcześniej ataku na miasto, nie dokonała tego tym razem. Możliwe, że albo chciała nas zastraszyć, albo uprzedzić, o potencjalnym ataku, w co powątpiewam, tudzież jest to pewnego rodzaju ostrzeżenie. Ja, póki co będę obstawiać pierwszy wariant, który miał służyć za zastraszenie nas.-ponownie zaciągnąłem się papierosem, aby po chwili wypuścić, bardzo powoli dym z ust.
Czekałem teraz na reakcję zebranych. Wiedziałem, że ci, którzy naprawdę chcą zostać zostaną, a reszta wyjdzie. Poza tym, większość zebranych tutaj osób, na pewno wyjdzie z sali balowej, zwłaszcza ci, którzy tak najgłośniej dyskutowali.
Wsadziłem papierosa między wargi. Przeniosłem ze środka sali na parapet okna. Miasto o tej porze było naprawdę piękne. Zwłaszcza to rozgwieżdżone niebo. Przypomniały mi się stare dobre czasy Dzikiego Zachodu. Czasów, które tak ukochałem i skryłem w swoim martwym już sercu.
W moich złotych oczach odbijał się świat za oknem, a ja przysłuchiwałem się i czekałem na to, co dalej zrobią zebrane w sali balowej osoby.
#7PisanieRe: Sala Balowa   Nie Sty 07, 2018 3:37 am


avatar
Administracja
Administrator
Join date : 24/04/2017
Liczba postów : 113
Zobacz profil autora
Niektórzy zebrani pokręcili nosami, kiedy przewodniczący stanął w obronie Rycerzy Zodiaku. Oni mieli swoje zdanie na ten temat i nie zamierzali dopuszczać innych myśli do siebie. Dlatego, mieli dość nietęgie miny, kiedy to Marcusie wyłoniłeś się z cienia i przywitałeś ich informacją, że powinieneś ich wszystkich pozabijać za tak karygodne zachowanie.
Przewodniczący drgnął, kiedy zdał sobie sprawę, że byłeś tutaj cały czas. Zmierzył tylko wzrokiem twoją dwumetrową sylwetkę. Nie odzywał się, kiedy mówiłeś. Nie śmiał nawet zwrócić ci uwagi na dość, nieprzyzwoite przywitanie. Wiedział, że jako Członek Rady, czasami mogłeś mieć niewyparzoną buzię.

Erestorze nie miałeś żadnego problemu, aby dostać się do środka. Jak w sumie każde z was. Zebranie było otwarte dla wszystkich mieszkańców, zarówno tych będących stałymi bywalcami, a także przebywający tymczasowo. Kto chciał, mógł bez problemu wejść do sali balowej i zostać uczestnikiem zebrania. Nawet nie zorientowali się, że przyszedł jeden z Rycerzy Zodiaku, gdyż tak byli pochłonięci dyskusją, na której połowę trafiłeś. Nawet poczęstunek nie uciszył niektórych. Woleli wyrażać swoje niezadowolenie i pogardę w stosunku do zmarłych Rycerzy Zodiaku. Na szczęście, byli też tacy, którzy stanęli po waszej stronie, nie ważne jak mocno obrywali od tych drugich. Zamilkli dopiero, kiedy radny Marcus Takato wyszedł na środek, a do tego przywitał ich dość nieprzyjemną wypowiedzią.
W końcu, z bliska mogłeś zobaczyć kogoś z kim w przyszłości miałeś niedługo zacząć współpracować.
Co ciekawe, jako elf, który miał bliskość z naturą, szanował ją i kochał, mogłeś wyczuć, że ten tutaj wampir, mimo niezbyt przyjemnego pierwszego wrażenia, jest łagodnym osobnikiem. Mogłeś to również wyczytać z jego spojrzenia, kiedy wasz wzrok się spojrzał. Widziałeś w jego oczach ból tamtych dni, gdy wspominał o lekcji z przeszłości.
Mało tego, czułeś coś dziwnego. Jak dobrze się przyjrzałeś dostrzegłeś w sali fioletowo-czarne nitki krążące po pomieszczeniu. Trwało to chwilę, ale wiedziałeś, że nie były to przywidzenia. Coś ci podpowiadało, że ktoś, kogo być tutaj nie powinno jednak był i słuchał tego wszystkiego. Nie czułeś jednak strachu, więc miałeś pewność, że to nie był Pride. Mało Do tego, twój Kryształ Zodiakalny zaczął delikatnie drżeć, co utwierdziło cię przekonaniu, że coś na pewno jest nie w porządku.

Rabadon, polowanie na sakiki czy innych złoli zawsze było w modzie. Zwłaszcza, że taki polujący miał możliwość wykazania się. Wprawdzie wyzwanie było dość ryzykowane, bo łatwo było stracić głowę, to jednak łowcy głów, poszukiwacze przygód czy najemnicy zjawiali się w takich miejscach, jak dzisiejsze zebranie. Pieniądz nigdy nie śmierdzi, nawet jak trzeba ubrudzić sobie ręce. Poza tym, jaka jest potem satysfakcja, kiedy zarabiasz ciężko zarobione złoto, a niekiedy nawet kamienie szlachetne.
-Stary, nie masz co wzdychać.-rzucił do ciebie jegomość stojący obok ciebie.
Jego blond, artystyczny nieład w ogóle nie pasował do mocno zarysowanych konturów twarzy oraz opaski na lewym oku.
Drugie zaś bardzo uważnie cię lustrowało, kiedy mężczyzna mierzwił palcami dokładnie przystrzyżony zarost.
Po stroju, mogłeś wywnioskować, że to jakiś najemnik, podobny tobie. Fragment zbroi wystawał spod jasnokremowego ponczo, sięgającego prawie kolan. Duża kusza przewieszona była w taki sposób, ze dotykała jego pleców. Nie mogłeś jednak ostrzec kołczanu na bełty, więc mogłeś tylko spekulować, gdzie one są o ile w ogóle ma je przy sobie.
-Nie widziałem cię w mieście, więc stawiam, że tak jak ja jesteś od brudnej roboty.-jegomość puścił do ciebie oczko.-Wiesz, o co mi chodzi, czyż nie?-rzucił pytaniem, po czym dodał-To, o czym mówi radny Takato to bardzo istotna informacja. Byłem, te dwadzieścia lat temu podczas ataku na miasto i muszę się z radnym zgodzić. Wtedy było inaczej. Zaraz praktycznie, po tym jak niebo zmieniło tonację kolorów nastąpił atak, teraz było inaczej. Nic się nie stało.-mężczyzna nie spuszczał z ciebie swojego seledynowego oka-Zacząłem się nawet zastanawiać, czy ten ktoś nie szuka może tego sakiki, który to pałęta się po okolicy. Ewentualnie może chce dostać się do Komnaty Kryształów.-najemnik mówił do ciebie konkretami, ale pierwszy raz, od bardzo dawna usłyszałeś ponownie o Komnacie Kryształów.

Cadence, nikt poza Rycerzem Zodiaku Smoka, nie wiedział o twojej obecności w mieście. Jako świeżo naznaczona osoba, jeszcze nie byłaś rozpoznawalna w innych rejonach niż te, z których pochodziłaś.
O tym, że w okolicach pojawił się sakiki, wiedziałaś niedługo po przybyciu do Larnwick. Mieszkańcy, prawie na każdym kroku o tym opowiadali. Zatem, wiedziałaś już, że jednym z celów zebrania była dyskusja co dalej zrobić z pałętającym się po okolicy zagrożeniem.  Które notabene, było z tobą w pewien sposób połączone, ale jeszcze o tym nie wiedziałaś, ale ta niewiedza potrwa dość krótko. Bowiem, na pewno mogłaś dostrzec, że od kiedy pojawiłaś się w Larnwick, czasami zdawało ci się, że czujesz czyjąś obecność, ale nie potrafiłaś zorientować się, gdzie ona się dokładnie mieściła. To wszystko było spowodowane spaczeniem, które zaczęło na tobie żerować. Jak to było możliwe? Otóż, sakiki to także było spaczone ciszą stworzenie. Takie istoty mogły się nawzajem wyczuwać. Sakiki doskonale wiedział o twojej obecności. Wiedział gdzie jesteś i w jakim miejscu. Stałaś się częściowo celem, który mógł zaprowadzić potwora w miejsce pełnego energii żywych istot.
Z tą nieświadomością mogłaś obserwować jak Marcus wkracza znikąd na scenę i zaczyna swój wywód od opieprzenia dyskutujących i krytykujących Rycerzy Zodiaku.
Patrząc na niego, miałaś wrażenie, że jest jakiś inny. Nie byłaś jednak w stanie dojść, co powodowało tą inność.

Zebrani wpatrywali się w Marucsa z wielkim zainteresowaniem. Jak tylko skończył, praktycznie większość wyszła bez słowa. I tak jak przypuszczał radny, w głównej mierze, byli to wszyscy ci, którzy tak głośno dyskutowali.
Ci co pozostali, chcieli dowiedzieć się, co takiego zaplanował Marcus.
-...-przewodniczący chwilowo stracił głos.
Nie miał pojęcia, co powiedzieć, kiedy sala balowa mocno opustoszała. Westchnął tylko głośno.
-Wybacz mi, Marcusie, ale nie wiem jak to wszystko skomentować.-jegomość rozłożył ręce na boki-Oni nie zrozumieją tego poświęcenia, są za bardzo dumni.-pokiwał głową na prawo i lewo.-Zatem, nim Marcus zacznie dalej mówić, może ktoś z was, chciałby coś dodać od siebie? Każda pomoc jest w tej chwili nieoceniona.-popatrzył po wszystkich, a jego wzrok zatrzymał się na każdej osobie, która pozostała w sali balowej, w tym także i was, Erestorze, Cadence oraz Rabadonie.
#8PisanieRe: Sala Balowa   Nie Sty 07, 2018 7:40 pm


avatar
Obywatel
Rycerz Zodiaku
Skąd : Namitto
Join date : 11/08/2017
Liczba postów : 40

Statystyki
Życie:
488/488  (488/488)
Mana:
740/740  (740/740)
Pancerz:
0/0  (0/0)
Zobacz profil autora
Zacisnąłem pięść wysłuchując obelg jakie niektórzy rzucali pod adresem Rycerzy. Komu jak komu ale im to powinni okazywać szacunek. Zawsze starałem się nad sobą panować ale tym razem postanowiłem pokazać co o tym wszystkim sądzę. Choć tym samym bym się zdradził to czułem, że muszę stanąć w obronie swoich poprzedników.  Uderzyłem laską o ziemię z dosyć dużą siłą. Przy okazji moja wierna towarzyszka wyszła z rękawa, usiadła mi na ramieniu i przyjęła pełną dumy pozę.
-Jesteście żałośni. Nie macie za grosz szacunku czy współczucia. Plujecie na imiona moich poprzedników którzy poświęcali się kiedyś i poświęcili się dziś by uratować wasze tyłki. To my zawsze stawaliśmy przeciwko ciemności by bronić tych którzy sami obronić się nie mogli. To my rzucaliśmy się do walki z przeważającymi siłami wroga choć wiedzieliśmy, że możemy nie wyjść z tego żywi? Tak nam się  ODWDZIĘCZACIE??!!
Powiedziałem wodząc wzrokiem po całej sali i po wszystkich się w niej znajdujących. W moich złotych oczach widać było gniew.
-Skoro jesteście tacy mądrzy to weźcie po mieczu i natrzyjcie na Pride'a i jego sakiki! Śmiało, może lata sobie po Larnwick. Skoro obrażacie NAS, NASZĄ SŁUŻBĘ I NASZE POŚWIĘCENIE. To sami się brońcie zamiast liczyć pieniądze i kąpać się w złocie.
Kontynuowałem odrzucając płaszcz i ukazując wiszący na szyi  Amulet Pegaza. Tym którzy wcześniej najgłośniej mieszali moich poprzedników z błotem posłałem morderczy wzrok.
Gdy ogłoszono przerwę i wszyscy napełniali brzuchy oparłem się o ścianę usiłując zebrać myśli. Później postanowił ukazać się radny który sądząc po tym, że nikt go nie wykrył nie był człowiekiem. Słuchałem jego słów  w milczeniu a później przeniosłem wzrok na wychodzących ludzi. Bez trudu mogłem wyczytać z twarzy wampira jego emocje a gdy nasze spojrzenia się spotkały miałem wrażenie, że widzę tamten dzień. Kiwnąłem w jego stronę głową, z szacunkiem który należał się jego osobie.
Moją uwagę przyciągnęły nitki które naglę zaczęły latać po pomieszczeniu. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie widziałem.
-Co to jest...
Mruknąłem do siebie rozglądając się po pomieszczeniu dopóki nicie nie znikły. Bez trudu wyczułem drżenie Kryształu Zodiaka. To nie mogła być przesiąknięta złem istota taka jak Pride, ale nie odpowiadał też za to nikt dobry. Ostrożnie się rozejrzałem czując jak w moim sercu rośnie niepewność.
#9PisanieRe: Sala Balowa   Wto Sty 09, 2018 12:32 am


avatar
Obywatelka
Naznaczona
Skąd : Nimph's Islands
Join date : 02/11/2017
Liczba postów : 14

Statystyki
Życie:
520/520  (520/520)
Mana:
350/350  (350/350)
Pancerz:
0/0  (0/0)
Zobacz profil autora
Przyszłam tu żeby jakoś się przydać, a zamiast tego stałam się świadkiem sporej kłótni. Jako że jestem osobą postronną, cała sytuacja była dla mnie dosyć niezręczna, jak oglądanie bójki dzieci w piaskownicy. Tylko że bardziej żenująca, bo zamiast dzieci przekrzykiwali się dorośli ludzie, w tym elita miasta. Sama się nie udzielałam, bo to nie moja sprawa i nie lubię podnoszenia głosu, ale sercem byłam z osobami broniących poprzednich Rycerzy. Wzięłam głębszy wdech i przestąpiłam tylko z nogi na nogę. Moim zdaniem po prostu nie wypadało bluźnić na zmarłych, a już na pewno nie na tych, którzy zginęli ratując setki istnień.
Spór na krótko uciszył chłopak ze smokiem, który po stuknięciu laską wygłosił krótką, gniewną przemowę. Po jego wyrazie twarzy (i po tym, że momentami prawie krzyczał) widać było, że sprawę brał do siebie bardzo osobiście - co nie było dziwne, biorąc pod uwagę że gdy skończył swój wywód ujawnił się jako jeden z aktualnych Rycerzy. Szkoda tylko, że szok po jego dramatycznym wejściu nie trwał długo i sprzeczka rozpoczęła się na nowo, raniąc przy okazji moje uszy.
Kolejna okazja do cieszenia się ciszą pojawiła się dopiero, gdy przewodniczący ogłosił przerwę na poczęstunek. Nie zobaczyłam tu wielu przykładów dobrego wychowania, ale przynajmniej nikt nie rozmawiał z pełnymi ustami. Wolałam chyba jednak poznosić hałas trochę dłużej, niż być zmuszona do patrzenia jak inni jedzą. Sama bym coś przekąsiła, ale odsłonięcie twarzy choćby na moment mogło wywołać zamieszanie, którego nie warty był kawałek chleba... Zresztą pal licho te kanapki, najbardziej nęcił mnie zapach herbat. Ten spokój po jakimś czasie zmącił niejaki Marcus, i o ile mentalnie szykowałam się na kolejne parę minut obrzucania się błotem, zaskoczyło mnie gdy po jego wypowiedzi spora część zebranych bez awantury się ulotniła. Ciężko mi jednak określić, czy było to zaskoczenie pozytywne czy negatywne...
Sam Marcus wywarł jednak na mnie dobre wrażenie. Pewnie, wydawał się w jakiś sposób inny, jednak po jego stanowczości czułam, że jest dobrą osobą na stanowisko lidera.
Nie miałam żadnych przemyśleń godnych podzielenia się, więc gdy wzrok przewodniczącego zatrzymał się na moment na mnie, spuściłam tylko głowę i zrezygnowanie nią pokręciłam. Rozejrzałam się po sali. W przerzedzonym tłumie rzucił mi się w oczy białowłosy chłopak z wcześniej. Sprawiał wrażenie niespokojnego przez to, jak rozglądał się na wszystkie strony pomieszczenia. Wzięłam więc spodek z filiżanką naparu pachnącego rumiankiem od kelnera, który nadal kręcił się do sali i spokojnym krokiem podeszłam do chłopaka. Nie śpieszyłam się, bo kto wie, kiedy radny zadecyduje co dalej. Pewną ręką zaoferowałam Rycerzowi filiżankę z wonnym napojem.
-Napijesz się? Szkoda by było, gdybyś stracił głos po tym występie.
Twarz miałam wprawdzie zasłoniętą, ale moje oczy, złotawe jak zresztą jego, zdradzały że pod materiałem się uśmiecham. Przypominał mi trochę Naoise, który podobnie cichł po tym, gdy już zdarzyło mu się wybuchnąć.
-Zwę się Cadence, tak przy okazji.
#10PisanieRe: Sala Balowa   Wto Sty 09, 2018 3:33 pm


avatar
Obywatel
Skąd : Zuproiria
Join date : 02/11/2017
Liczba postów : 12

Statystyki
Życie:
432/432  (432/432)
Mana:
210/210  (210/210)
Pancerz:
0/0  (0/0)
Zobacz profil autora
Ooo, nie spodziewał się, że ktoś zechce z nim rozmawiać. A to ci niespodzianka i chwilę milczał, po czym krótko odparł:
- Heh. - no i obrócił głowę skrytą pod hełmem w stronę jegomościa z oczywistym zamiarem dokładniejszego przejrzenia. Cóż... na lokalnego człowieka to on mu nie wyglądał. Tak jak on, chyba. Sam nie wiedział skąd pochodzi, ale po co to wiedzieć najemnikowi? Jego zadaniem jest wykonywanie roboty za kasę i tyle. A tu po prostu kolejna się trafiła przyjazdem i tyle. Nic więcej do tego nie miał. Nie interesowała więc go jego przeszłość czy przyszłość, natomiast kusza wydawała się ciekawa...
- Masz rację, jestem tu od niedawna. Jaki kaliber ma kusza? - zapytał z ciekawości rzeczy jasna. Z pewnością musi ją naciągać za pomocą dwóch rąk, a jak już pomyślał o bełtach... hohoho... pewnie tarczę i rycerza w zbroi przebija na wylot... Nie znając się jednak dokładniej na takim ekwipunku, w końcu walczy czymś podobnym do kostura i kija z obciążeniami o różnych wagach, szybko dodał kolejne kilka słów:
- Czy jak to inaczej można nazwać. -
#11PisanieRe: Sala Balowa   Wto Sty 09, 2018 3:34 pm


avatar
Obywatelka
Dyplomata
Skąd : Shaudahii
Join date : 12/08/2017
Liczba postów : 18

Statystyki
Życie:
1280/1280  (1280/1280)
Mana:
1200/1200  (1200/1200)
Pancerz:
0/0  (0/0)
Zobacz profil autora
Wiedzialam, ze musze stawic sie na tospotkanie, chociazby dlatego, ze bylam w tym miejscu oczami i uszami mojej krolowej. Nie bylam miejscowa wiec i tak nie liczylam na wtopienie sie w tlum. Zamiast tego postanowilam w miare przynajmniej godnie reprezentowac swoja funkcje. Na koronkowy stroj w czarnym kolorze narzucilam dlugi czarny plaszcz ze skory, na to przepasalam sie zdobna szarfa w kolorach mojej flagi. Stroj zostal zwienczony butami na grubym obcasie, kilkoma rodowymi medalami, oraz zdobnym rapierem przy boku.
Kiedy dotarlam na miejsce wygladalo na to, ze jestem wlasnie swiadkiem jakiejs wewnetrznej klotni czy tez innego sporu. Jako gosc z zewnatrz wiedzialem, ze nietaktem by bylo zabierac jakikolwiek glos w tej sprawie, ktora nie powinna mnie dotyczyc. Totez usiadla na jednym z wolnych krzesel, nieco z boku, by nie rzucac sie za bardzo w oczy i nie stac sie niechcacy centrum tej dyskusji, Przysluchiwalam sie jej za to bardzo uwaznie, starajac sie zapamietac kazdy szczegol. A w glebi duszy mialam nadziej, ze Rycerze, o ktorych tutaj mowa, stana sie slabi, dzieki wewnetrznym kontaktom.
#12PisanieRe: Sala Balowa   Wto Sty 09, 2018 10:23 pm


avatar
Administracja
Administrator
Join date : 24/04/2017
Liczba postów : 113
Zobacz profil autora
Erestor i Cadence

Twoje przemówienie wprawiło niektórych w osłupienie, zwłaszcza tych, którzy to tak namiętnie przejawiali swoje niezadowolenie w stosunku do Rycerzy Zodiaku. Jeszcze innym, zrobiło się głupio, że przy jednym z Zodiaków pokazali swoją, niezbyt przyjemną stronę. Znalazł się jednak ktoś, kto nie omieszkał odezwać się do ciebie, jak tylko nadarzyła się ku temu okazja.
-Tak, szacunek? A wiesz chociaż jak zginęli twoi poprzednicy? Oczywiście, że nie wiesz, przybyszy z Namito!- tym kimś był wysoki mężczyzna, dość solidnie zbudowany.
Mogłeś dostrzec, że posiadał białą koszulę w czerwone kraty oraz granatowe jeansowe ogrodniczki. A delikatny zapach drewna, jaki od niego bił, dał ci jasno do zrozumienia, że był drwalem.
-Wszyscy Rycerz dali się omamić jakiemuś zaklęciu. Nie znam się na tym, ale nagle wszyscy postradali zmysły! Ich duma stała się tak ogromna, że zapomnieli o świecie, który ich otaczał i którzy mieli ochraniać. -w ogóle nie przejmował się tym, że rozmawiałeś z Cadence.
Tylko dlatego, że jegomość skupił twoją uwagę na sobie, nie zorientowałeś się, że nagłe osłabienie i strach wzrósł, kiedy Cadence podeszła do ciebie. I mimo, że osłabienie po chwili zniknęło tak strach zaczął narastać. Coś jakby szósty zmysł podpowiadał ci, że coś się wydarzy.
Cadance, zapach herbaty kusił nawet bardzo. Tym bardziej, że było jej tutaj wiele odmian. Mogłaś to zauważyć, a raczej poczuć po samym aromacie, jaki dochodził do twoich nozdrzy. Nawet ochota na chociaż łyk zaczęła narastać, kiedy zdecydowałaś się podać Erestorowi filiżankę z gorącym napojem.
Podchodząc do Erestora poczułaś, jakby grawitacja nagle stała się silniejsza. O mały włos, a wylałabyś herbatę na elfa. Tak jednak się nie stało, bo byłaś skupiona na tym, aby donieść ją bez ubytku nawet o tę jedną kroplę. Uczucie złagodniało, ale nie czułaś się pewnie w obecności Rycerza Zodiaku. Jakby tego było mało, w momencie, kiedy podszedł do was, a raczej Erestora drwal, miałaś wizję. Ujrzałaś jak biegniesz bardzo korytarzem prowadzącym do sali balowej. Widzenie było krótkie, ale poczułaś dreszcze przechodzące przez całe twoje ciało. Miałaś wrażenie, jakby ktoś otworzył okno, a zimny podmuch dotknął całego twojego ciała.

Xairana

Nikomu nie przeszkadzała twoja obecność na naradzie. Byłaś na niej mile widziana, tak jak inni przybysze. Mogłaś patrzeć na podział jaki był pomiędzy mieszkańcami przez wydarzenia sprzed dwudziestu laty. To była ta tragedia, o której dzień temu rozmawiałaś z Marcusem. Na własne oczy przekonałaś się, nie kolejny z resztą raz, jak łatwo nadszarpnąć reputację kogoś, kto wcześniej był ulubieńcem i bohaterem. Znajoma historia, którą dobrze znałaś. Wszak w twoim rodzinnym kraju było podobnie. Mości pani, która kiedyś rządziła, była bohaterką nagle, niczym błyskawica, spadła z piedestału i stała się kimś, kto jest tylko swoim cieniem z przeszłości.
Jako wampir, nie uszło uwadze twoim jakże wspaniałym oczom to, co stało się z Cadence, która stała obok Erestora.
Poza tym, do twoich uszu dotarł odgłos szybkich, cichych kroków dochodzących gdzieś z korytarza, zaraz po tym jak kilku mieszkańców postanowiło opuścić salę. Jako wampir, nie mogłaś zignorować tego, dźwięku, zważywszy, że uszy Kainity były dość wrażliwe. Dźwięk mocno się wyróżniał na tle odgłosów butów. Zdawało by się,że ktoś się skrada, bo w pewnym momencie głos po prostu ucichł dając ci sporo do myślenia.

Marucs

Praktycznie nikt nie odważył się do ciebie odezwać, kiedy zadecydowałeś skończyć swój wywód i odpocząć na parapecie. Większość osób po prostu wyszła, a inni, woleli milczeć i czynami, a nie słowami pokazać, że zgadzają się z tobą.
Nawet przewodniczący nie podszedł. Nie miał innego wyjścia, jak obdarzyć cię kolejną dawką zaufania. Wiedziałeś, że nie jest to dla ciebie przyjemne, bo odpowiadałeś w tej chwili za wszystkich. Nie podobało ci się to, ale nie miałeś wyjścia. Strach zawitał w twoje okolcie i zaczął ci dokuczać. Przypomniał ci, na powrót o tym, co było kiedyś, a tak bardzo pragnąłeś o tym zapomnieć.
Obserwując ludzi dostrzegłeś dziwne zachowanie Erestora, a potem Cadence. Jako wieloletni wampir, wiedziałeś, że takie zachowanie u Rycerza Zodiaku znaczyło tylko jedno, albo w sali był naznaczony albo...
Bez namysłu podniosłeś się z siedziska, jakby kierowany instynktem i skupiłeś się na otaczających cię odgłosach. Nie słyszałeś jednak nic. Mimo to nie przestałeś nasłuchiwać, aż do twoich uszu dotarł znajomy ci odgłos, który cały czas siedział ci w głowie i nie chciał wyjść za żadne skarby.

Rabadon

Mężczyźnie nie umknął twój wzrok skierowany na jego kuszę. Wyszczerzył się od ucha do ucha pokazując rząd białych zębów, pomiędzy którymi zawitała dość szybko zabrana kelnerowi wykałaczka.
-To specjalna kusza, robiona na zamówienie.-ręka twojego rozmówcy zawitała na broni, którą lekko poklepała-W naszym zawodzie, dość przydatna.-wyciągnął prawą rękę przed siebie, aby przywitać się z tobą. -Lucas Baltimore,  łowca i detektyw zarazem. Zawitałem do tego miasta, gdyż badam sprawę dziwnych zaginięć ludi z większych miast.-Lucas machnął na kelnera, aby ten przyniósł wam coś do picia-Szkoda, że nie podają tutaj alkoholu, ale zdrowie!-złapał szklankę wody, którą uniósł do góry, po czym szybko opróżnił-Może słyszałeś coś o tej sprawie? Wyglądasz mi na najemnika, takiego jak ja, więc może gdzieś tam, obiło ci się o uszy, że znikają ludzie, chociaż nie tylko.-ściszył nieco głos, przenosząc wzrok na Marcusa-Nawet znikają nieludzie, wiesz, elfy, wampiry, lykanie, krasnoludy i tak dalej. Nikt nie może połączyć faktów, bo zaginieni są w różnym wieku. Co ciekawe, zawsze tam, gdzie są zniknięcia pojawiają się sakiki.-nadal mówił cicho, tak abyś tylko ty słyszał.-Co powiesz na małą współpracę?-pokazał ci, ukryty za ponczo spory mieszek, w którym na pewno znajdowało się spora ilość monet i na pewno złotych.
Lucas uśmiechnął się do ciebie, kiedy nagle spoważniał. Odstawił szklankę na pobliski stolik i podniósł głowę wysoko. Zaczął nasłuchiwać niczym kot, który wyczuł przyszłą ofiarę.
-Odsuńcie się od wejścia.- rzucił do ciebie krótko, zdejmując swoją kuszę z pleców.

Wszyscy

Pod nogi Lucasa wtoczyła się odcięta i zakrwawiona głowa. Mężczyzna zaczął warczeć, a jego źrenice zwęziły się. Już, Rabadonie, wiedziałeś, że masz styczność z khajitem w momencie, gdy spojrzałeś na jego ostre zęby oraz wąskie, kocie źrenice.
Mężczyzna wyglądał jak kot gotowy do walki. To wszystko nie umknęło uwadze tym, którzy stali blisko was.
Od razu podniosło się poruszenie, które rozeszło się po całej sali. Wszyscy patrzyli teraz na zaciemniony korytarz.
Dało się słyszeć odgłos szurania. Dostrzegliście zakrwawioną rękę, która zostawiła czerwony ślad, a chwilę potem jej właściciela.
-Sa...k...ik...w ratu...usz...Aaaa!-nie zdążył nic powiedzieć, bo coś złapało go i wciągnęło w mrok korytarza.
Dało się po chwili słyszeć odgłos łamanych kości oraz głośnego przeżuwania.
Lucas wycofał się do tyłu, tak jak pozostali. Kuszę wycelował w ciemność. Szybko, Rabadonie dowiedziałeś się jak działa jego kusza, kiedy pojawiła się w jego ręku magiczny bełt. Szybko załadował g,o po czym wystrzelił.
Nastała cisza, zaraz po tym jak wystrzelony pocisk natrafił na jakąś przeszkodę.
To był ułamek sekundy, i tylko dlatego, że Lucas był wprawionym najemnikiem oraz khajitem uniknął spotkania z Sakiki, który wyskoczył z cienia.
Niestety, osoba, którą była młoda kobieta, nie miała tyle szczęścia. Ostre szpony wbiły się w jej ciało, a krew rozbryzła się na wszystkie strony. Nie zabiło jej to jednak, więc zaczęła walczyć o życie machając przy tym rękami i nogami. To rozsierdziło potwora, wprawie niezbyt dużego, ale szybkiego i zwinnego do tego, aby ponownie zaatakować.
Sakkiki, człekopodobna istota, o ciele, które wyglądało tak jakby rozkładało się cały czas uderzało szponami w swoją ofiarę rozszarpując jej ciało. Krew tryskała na wszystkie strony, podobnie jak odrywane kawałki ciała, które zaczęły ozdabiać wypolerowane kafelki. Ofiara przestała w końcu krzyczeć, gdyż wydała ostatnie tchnienie.
-Gyaaahooo!-Sakiki uniósł łeb do góry, aby wydać przeraźliwy nieludzki wrzask raniący uszy tych, którzy byli wrażliwi na takie dźwieki.
Mowa tu o Lucasie, Xarianie oraz Marcusie, a także niestety Erestorze, który jako elf, miał nieco bardziej wrażliwy słuch niż nni.
Pierwszy szok spowodowany wparowaniem bestii wprawił zebranych w szok, który sparaliżował ich na tyle, że nie byli w stanie nawet drgnąć. Widok rozszarpywanej, żywej istoty walczącej o życie nie był przyjemny i nawet najmężniejsi potrafili to odczuć.
Sakik, po zamordowaniu ofiary, nachylił się nad nią, aby wyssać jej duszę, wraz z klejnotem. Widzieliście wszyscy jak złotawa poświata zostaje wciągnięta wraz z niewielkim kryształem. Jak tylko bestia się posiliła, błyskawicznie odwróciła łeb w stronę Cadence i Erestora.
-Gyaaahooo!-spaczona magią istota wpatrywała się w ciebie Cadence i zrozumiałaś, że jesteś z nią w jakiś sposób połączona.
Wizja, którą widziałaś to było widzenie oczami tego potwora, którego czerwone ślepia wręcz pożerały cię. I gdyby wzrok mógł zabijać, już byłabyś martwa.
-Idź precz, pomiocie piekielny!-ktoś z tego stresu rzucił w Sakiki butelką, więc ten odwrócił łeb w owym kierunku.
Sakiki, stracił zainteresowanie twoją osobą, Cadence, a skupił się na tym, kto śmiał go zaatakować. Błyskawicznie, niczym pantera doskoczył do swojej ofiary i zadał pierwszy cios. Szpony rozerwały ubranie nieszczęśnika, którym był owy drwal, co to wam wcześniej przerwał.
Jego krew rozprysła po kafelkach, a mężczyzna próbował uchronić się przed kolejnym ciosem, który zaraz miał zostać wyprowadzony.

OOC:
 
#13PisanieRe: Sala Balowa   Pią Sty 12, 2018 10:46 pm


avatar
Obywatel
Skąd : Zuproiria
Join date : 02/11/2017
Liczba postów : 12

Statystyki
Życie:
432/432  (432/432)
Mana:
210/210  (210/210)
Pancerz:
0/0  (0/0)
Zobacz profil autora
No, nie żeby się tego spodziewał. Każdy najemnik jak się dorobi albo zaoszczędzi jakąś sumkę pieniędzy powinien zainwestować w ekwipunek robiony na zamówienie. Dalej jednak interesowała go kwestia amunicji i gdzie ją do cholery trzyma... Nim się jednak dowiedział, przyszło mu przystąpić do innych czynności.
Gest podania ręki. Patrzył na nią chwilę, tak jakby zaniemówił na ułamek sekundy. Obcy facet, gadają dosłownie od chwili a ten już wyciąga rękę do niego, przedstawia się i chce wspólnie napić się alkoholu. No, troszeczkę za szybko jak dla Rabadona. Odmówić jednak nie wypada takiego gestu, więc podał rękę:
- Rab, najemnik. - krótko odparł Lucasowi pewnie ściskając mu dłoń. Śmiesznie to się zrobiło dopiero wtedy kiedy przyniesiono coś do picia. On już w hełmie i pełnym rynsztunku przyszedł, a tutaj go częstują... szklanką wody. Jakby było coś więcej przyniesione to może, może by zdecydował się na ściągnięcie ochrony na głowie. A tak to szkoda zachodu. Stał jak stał, jedną ręka dalej trzymając broń po swojemu a w drugiej, ech, szklankę. Aż liczył na to, że coś się stanie i będzie mógł uwolnić dłoń od jej jakże to wielkie ciężaru.
Nie było mu dane długo czekać na poznanie intencji Lucasa. Coś czuł, że ten za szybko próbował skumplować się z nim. Zawsze chodzi o informacje, a gdy okazuje się, że wiedzą to samo co ty, nagle tak jakby cała znajomość miejsca nie miała. Ileż to razy spotkał się z czym takim... no, gdzieś tak z pięć razy będzie. I za każdym razem próbowano go wykiwać w tej kwestii! Nie tym razem, oj nie tym razem...
- Nie. - odparł, aczkolwiek nie skończył swojej wypowiedzi, zniżając głos do podobnego stopnia co jego rozmówca: - Aczkolwiek na to się zgodzę. Wsparcie z dystansu bywa bardzo przydatne. - "I niebezpieczne" dodał w myślach. Nigdy nie wiadomo czy ktoś taki nie postanowi nagle oddać strzał w twoje plecy aby zgarnąć większą wypłatę. Z drugiej strony nieraz taki strzał albo kula ratują życie. I co tu począć w takiej sytuacji.
Wreszcie nadarzyła się sytuacja w której mógł odłożyć szklankę. Jego tymczasowy kompan postanowił odłożyć swoją, więc czym prędzej dołączył do tego swoją i to ze swojej własnej inicjatywy! Coś mu jednak nie pasowało w jego zachowaniu. Nagle się niby uśmiecha a potem w mgnieniu oka poważnieje. Tak jakby coś się szykowało (a szykowało!). Mając trochę doświadczenia postanowił je wykorzystać i chwycił swoją broń prawą ręką w połowie tak aby była na oko równoległa do podłogi. W razie czego zawsze wystarczyło odpowiednio szarpnąć rękom i myk! Można trzymać ja dwoma rękoma, zaatakować, zablokować a nawet skontrować przeciwnika i wiele, wiele innych! Wystarczy tylko pomyśleć, a praktyka czyni mistrza. No i jak się okazało, dobrze postąpił. Ktoś tu najwidoczniej stracił w jakiejś sprawie głowę, a toczącą świeżą czaszkę zatrzymał jednym z końców kostura. Z ciekawości wziął i nawet ją lekko przesunął aby sprawdzić czy nie widział już wcześniej jegomościa. Nie liczył aczkolwiek na to, że go rozpozna. A potem sprawy potoczyły się szybko - szybkie ostrzeżenie przed śmiercią, kolejne ofiary, spotkanie z potworem będącym celem dzisiejszych łowóch... w sumie nic nowego. Tak jakby krwi, martwych i rozczłonkowanych istot nie widział. Skupił się obserwowaniu ruchów bestii w poszukiwaniu jakiegoś klucza w jej zachowaniu, wrażliwego miejsca które stara się zasłaniać, tym samym biorąc broń w obydwie ręce i starając się ubezpieczać strzelca. Widząc jego broń, a tym bardziej jaką ma amunicje, aktualnie wolał nie podchodzić do przeciwnika i być narażonym na oberwanie takim działem.
#14PisanieRe: Sala Balowa   Sob Sty 13, 2018 6:09 pm


avatar
Obywatel
Rycerz Zodiaku
Skąd : Namitto
Join date : 11/08/2017
Liczba postów : 40

Statystyki
Życie:
488/488  (488/488)
Mana:
740/740  (740/740)
Pancerz:
0/0  (0/0)
Zobacz profil autora
Spojrzałem na ludzi którzy nagle zamilkli. Kiwnąłem głową i przyjąłem filiżankę z herbatą. Choć wydawała się być miła to coś mnie coraz bardziej niepokoiło. Pokręciłem głową gdy usłyszałem, że ktoś postanowił się odezwać. Zacisnąłem dłoń w pięść i odwróciłem się do niego. Od razu dał mi do zrozumienia, że elfy są gorsze a przynajmniej to mogłem wyciągnąć z jego wypowiedzi.  
-Skoro się na tym nie znasz to się o tym nie wypowiadaj. Rycerze mimo swoich mocy nadal mają słabości, nadal jesteśmy istotami żywymi, ze swoimi słabościami i mocnymi stronami. Zrobiłbyś to lepiej? Zabiłbyś swoim toporkiem Pride'a? To śmiało, z takim obrońcą Sakiki nie będzie dla nas żadnym zagrożeniem. Bierz topór i leć!
Odpowiedział a w moich oczach tańczyły ogniki gniewu. Drwal nie miał w sobie nawet tyle szacunku by nie przeszkadzać w rozmowie z tą nieznajomą. O ile osłabienie zniknęło to odczuwałem coraz większy strach i niepokój. Wiedziałem, że coś się niebawem stanie.
Nagle dostrzegłem głowę którą jednak pewien nieznajomy gość z latarnią postanowił wyturlać poza pomieszczenie. Po moich plecach przeszedł delikatny dreszcz. Chwilę potem usłyszał coś przez co otworzył szerzej oczy.
A więc to myśliwi stali się zwierzyną
Moja dłoń spoczęła na górnej części laski po czym wyciągnęła z niej ostrze. Komuś nie przyzwyczajonego do śmierci odgłos łamania kości i przeżuwania zmroziłby pewnie krew w żyłach. Ale nie mi....
Nie mogę okazywać strachu, jestem rycerzem. Mam być przykładem dla tych ludzi i bronić ich.
Ale z pewnością nie mogłem być przygotowany na to co zrobiła bestia po wyskoczeniu z cienia. Zacisnąłem dłoń na rękojeści ostrza starając się nie okazać słabości widząc rozszarpywaną kobietę. To był ułamek sekundy podczas którego me uszy ranił krzyk pełen bólu i cierpienia. Bestia nachyliła się i pierwszy raz widziałem jak wygląda wyssanie czyjeś duszy.
Krzyk potwora sprawił, że musiałem zatkać moje biedne i niezwykle wyczulone uszy. Miałem wrażenie jakby dźwięk wżerał mi się do czaszki i wypalał ją razem z moimi bębenkami. Na szczęście po jakimś czasie to ucichło. Teraz Sakiki przeniósł wzrok na mnie i na moją towarzyszkę. Wygladało to tak jakby ta parka się skądś znała. Już szykowałem się na spotkanie z pazurami potwora gdy ktoś wykonał nadzwyczaj odważny i głupi ruch. To drwal który wcześniej tak obrażał Zodiaków postanowił rzucić w potwora butelką. Czysta ludzka głupota... Cichym gwizdnięciem zwróciłem na siebie uwagę mojego pupila.
-Robi się niebezpiecznie. Schowaj się.
Powiedziałem szybko a smok zleciał z mojego ramienia i najwidoczniej próbował dostać się na żyrandol bo skierował się w górę.
Mimo wszystko jego mam szansę uratować.  Szansa jest niewielka ale spróbować trzeba.
No to zaczynamy.... graj muzyko!!
Korzystając z tego, że Sakiki rzucił się na drwala spróbowałem podkraść się szybko do potwora i wbiłem ostrze w jego ciało.
-Puść go draniu i zmierz się z bardziej godnym przeciwnikiem.
Wysyczałem próbując gwałtownie wyciągając ostrze chcąc się uchylić jeśli potwór postanowiłby nagle zaatakować. Starałem się uchylać przed jego atakami i ranić go gdy tylko mogłem.
#15PisanieRe: Sala Balowa   Nie Sty 21, 2018 1:45 am


avatar
Obywatelka
Naznaczona
Skąd : Nimph's Islands
Join date : 02/11/2017
Liczba postów : 14

Statystyki
Życie:
520/520  (520/520)
Mana:
350/350  (350/350)
Pancerz:
0/0  (0/0)
Zobacz profil autora
Cóż, elf był przynajmniej na tyle uprzejmy, żeby wziąć ode mnie zaoferowaną herbatę. Wyglądał na szlachcica, przeszło mi więc przez myśl, że może po prostu nie ma w zwyczaju zadawać się z prostymi ludźmi. Mimo to drwal, dla którego mnie zignorował również na wysoko urodzonego nie wyglądał… Za sprawą wizji która mnie nawiedziła nie było mi jednak dane być świadkiem ich rozmowy, na szczęście lub nieszczęście. Owszem, nie lubię słuchać kłótni, ale to widzenie do przyjemnych doznań również nie należało, a na dodatek zostawiło po sobie przeszywający chłód i skołowanie. Skorzystałam z tego, że stoję blisko ściany i wsparłam się o nią. Potrzebowałam chwili na pozbieranie się. Od kiedy przybyłam do miasta miałam masę dziwnych przeczuć, uważałam je jednak tylko za przejawy nerwów. Teraz nie byłam taka pewna co do ich źródła.
Nie dostałam jednak sporo czasu na przemyślenia, gdyż do pomieszczenia wtoczyła się głowa. Przeszły mnie ciarki. Dwie. Sakiki zabił dwie osoby, zanim ktokolwiek zdążył zareagować i nic nie wskazywało na to, żeby miał spocząć na laurach. Nie tracąc więc ani chwili więcej zrzuciłam z siebie ciężką pelerynę żeby nie wchodziła mi w drogę. Pod nią byłam ubrana w lnianą koszulę, ciemne spodnie i lekko znoszone buty, a przy pasie miałam kawał zwiniętej liny, kołczan strzał i moją broń. Resztę swojego majątku ukryłam przed pokazaniem się w mieście, i była to chyba jedna z niewielu dobrych decyzji jakie dzisiaj podjęłam… Ledwo dobyłam łuku, a potwór rzucił się na kolejną osobę. Niby byłam przyzwyczajona do patroszenia zwierzyny, ale widok rozrzucanych strzępów mięsa w połączeniu z wrzaskami agonii był czymś, na co żadne inne doświadczenie nie mogło mnie przygotować. To było kilka sekund, i kolejna osoba straciła życie od szponów tej abominacji. I to nie tylko życie, sądząc po pokazie świateł który miał miejsce zaraz po ostatnim tchu młodej kobiety.
Krzyk sakiki szybko wyrwał mnie z osłupienia, a mój szok szybko ustępował miejsca gniewowi. Po tym co zrobiła, ta abominacja rzuciła mi mordercze spojrzenie. Nie pozostałam jej dłużna, bo gdy nasze oczy się spotkały, wiedziałam. Wiedziałam, że patrzę na to, czym nie chcę - a mogę - się stać, jeśli nie powstrzymam spaczenia na czas. Sięgałam po strzałę, spodziewając się że bestia zaraz rzuci się w naszą stronę. Tak się jednak nie stało, a była to zasługa aktu heroicznej głupoty. Dokonał go facet, który wcześniej wszedł mi w paradę, ale nie oznaczało to że będę patrzeć bezczynnie na kolejną śmierć! Towarzyszący mi elf zbliżył się do sakiki, wymuszając tym na mnie zmianę pozycji. Uważając żeby nie poślizgnąć się w kałużach krwi, przebiegłam się parę metrów żeby widzieć ich starcie od boku. W końcu nie chciałam strzelić sojusznikowi w plecy przez jego niespodziewany ruch. Przyjęłam pozycję strzelecką i naciągnęłam łuk. Celowałam w tors; nie widziałam sensu w mierzeniu w delikatniejsze partie póki potwór był w pełni sił, na razie moim głównym celem było wywołanie krwawienia. Zresztą cholera, nawet nie wiedziałam gdzie to coś było podatne na ataki! Puściłam cięciwę, i gdy moja strzała przebijała się przez powietrze ze świstem już szykowałam kolejną.
#16PisanieRe: Sala Balowa   Wto Sty 23, 2018 1:14 am


avatar
Obywatelka
Dyplomata
Skąd : Shaudahii
Join date : 12/08/2017
Liczba postów : 18

Statystyki
Życie:
1280/1280  (1280/1280)
Mana:
1200/1200  (1200/1200)
Pancerz:
0/0  (0/0)
Zobacz profil autora
Obserwacja, obserwacja i jeszcze raz obserwacja. To wlasnie tym powinnam zajac sie w trakcie swojego pobytu tutaj i to wlasnie zamierzalam zrobic podczas tego balu czy tez zgromadzenia jak kto woli. Jak najmniej mowic, a jak najwiecej sluchac. A skoro juz o sluchu mowa to moj byl bardzo czuly i wrazliwy. Zawsze jak sie slucha to uslyszy sie cos ciekawego, nawet jezeli nie jest to to co chcialoby sie w danym momencie uslyszec. Uslyszalam jakies kroki nieco w oddali, ktore z jakiegos dziwnego powodu nie pasowaly do calej tej sytuacji. Rozejrzalam sie dookola i zobaczylam kobiete, ktora omalze nie wylala calej herbaty na mezczyzne stojacego obok. Zmarszczylam brwi. Czyzby dalo sie w owej scenie wyczuc jakies rosnace napiecie? A moze wyobraznia moja byla po prostu zbyt bujna? Jak sie okazalo nie trzeba bylo dlugo czekac by poznac odpowiedz.
Krzyki wrzaski i potem wtaczajaca sie oderwna glowa po ktorej nastapilo ujawnienie niezbyt przyjemnie wygladajacego potwora. Szczesciem bylo to, ze bylam mistrzynia w zachowywaniu zimnej krwi i nie zaczelam panikowac badz krzyczec z przerazenia. Wtedy potwor na pewno zwrocilby na mnie wieksza uwage. Troche gorzej miala sie rzecz z tymi przerazliwymi odglosmi, ktore ranily moj wrazliwy sluch i nie pozwalaly w pelni sie skoncentrowac. Pochwalilam sama siebie w duchu jednak, za decyzje by przyniesc tutaj rapier, ktory teraz powoli wyciagnelam z pochwy. Przy moich umiejetnosciach ta bron moze oznaczac roznice miedzy zyciem a byciem roszarpanym. Rozrywanie ciala przez bestie komus kogo nie znalam mimo, ze nie bylo najprzyjemniejsze nie wzbudzilo we mnie az takich przerazajacych emocji. Katem oka zobaczylam,, ze kobieta, ktora przed chwila omalze nie wylala herbaty teraz strzela do bestii z luku. Z wyciagnietym rapierem, w pozycji gotowej do walki czekalam teraz co sie wydarzy.
#17PisanieRe: Sala Balowa   Sro Sty 24, 2018 12:42 am


avatar
Obywatel
Rada miasta
Skąd : Stary Świat
Join date : 09/07/2017
Liczba postów : 20

Statystyki
Życie:
500/1280  (500/1280)
Mana:
965/1000  (965/1000)
Pancerz:
0/0  (0/0)
Zobacz profil autora
Wiedziałem, że tak będzie. Wystarczyło tylko kilka prostych i dosadnych słów, aby co niektórzy odpuścili sobie. Chyba dlatego zostałem wybrany przez Margaret tamtego dnia, po tej strasznej tragedii.
Myśląc  o tym, czułem się przytłoczony. Dobrze, że miałem papierosa, który niejako koił mój zaśmiecony tymi wspomnieniami umysł.
Zapach tytoniu sprawiał, że potrafiłem odsunąć od siebie te wszystkie złe myśli. Czy byłem od tego uzależniony? Zapewne. Nawet jako wampir chciałem odczuwać tą przyjemność, którą czerpałem z tytoniu. To było ciekawe, bo alkohol czy właśnie to, co teraz paliłem,  było dla nas Dzieci Nocy możliwe do zakosztowania. Muszę kiedyś spytać Kaina o to, czemu tak jest.
Moje wampirze uszy nie pominęło żadnego dźwięku, ale w pewnym momencie, skupiłem się jednak na świecie za oknem. Nie chciało mi się znowu słuchać przekomarzań tych...dzieciaków. Tak, na dobrą sprawę to były dzieciaki. Osoby, które uważały się za dorosłe, a tak naprawdę, nie potrafił ze sobą rozmawiać. Tak, jakby za wszelką cenę chcieli pokazać, kto jest lepszy i kto ma niepodważalną rację. Westchnąłem tylko, patrząc na swojego tlącego się papierosa.
No tak, zapomniałem popielniczki, więc musiałem uchylić okno, żeby gdzieś ostukać fajka. W sumie, dobrze zrobiłem, bo dzięki temu mogłem lepiej widzieć migoczące na niebie gwiazdy. Były takie piękne. Niczym lśniące, małe diamenty, które odbijały światło.
Tkwiłem tak jeszcze chwilę, po czym przeniosłem wzrok na zebranych. Patrzyłem uważnie na każdego. Moją uwagę zwróciło dziwne zachowanie dwóch osób, a raczej elfa oraz ludzkiej kobiety, a przynajmniej na taką wyglądała. Wiedziałem, co to znaczy, tym bardziej, że pamiętałem doskonale, co się działo kiedy Rycerz Zodiaku był blisko naznaczonego albo...syknąłem tylko cicho pod nosem, a moje kły wydłużyły się na pełną długość.
Wstałem z parapetu, a papierosa zgniotłem w ręku. Wyrzuciłem go przez otwarte okno.
Całe moje źrenice zalśnił na czerwono. To nie mogło się powtórzyć. Musiałem bronić tych, którzy znajdowali się w środku. Takie było moje zadanie i rola. Dlatego zacząłem nasłuchiwać. Skupiłem się na każdym kroku, szepcie, szmerze, czy drapaniem. Jako wampir posiadałem tak dobry słuch, że usłyszałbym spadanie igły na podłogę tak wyraźnie, jakby to działo się tuż przy moim uchu.
Na widok głowy, która wturlała się do pomieszczenia, byłem już prawie pewien tego,co czaiło się w ciemnościach. Nim zdążyłem cokolwiek zrobić, sakiki wyskoczył z korytarza. To, co zrobił ten kretyn było naprawdę głupie! Ta pieprzona strzała tylko rozjuszyła potwora, co było bardzo nie na naszą korzyść.
Widząc, co się dzieje, jak ten potwór rozrywa ciało tej kobiety, wszystko wróciło. Widok tego, co miało miejsce dwadzieścia lat temu stał się jakby realnością. Zupełnie straciłem kontakt z rzeczywistością. Obrazy mordowania, krew niewinnych mieszkańców, których sakiki zabijało w taki sam sposób jak kobietę, która znalazła się w niewłaściwym miejscu i czasie.
Dopiero ryk tego potwora, który ranił moje uszy niemiłosiernie sprowadził mnie na przysłowiową ziemię. Mimo, że miałem zakryte uszy dłońmi i zrobiłem odruch bezwarunkowy, jakim było przykucnięcie, to myślałem, ze rozsadzi mi głowę. Ten ryk wdzierał się pod moją czaszkę tak, jakby setki igieł zostało mi w nią wbite.
Jak sakiki przestał wyć, bardzo powoli odsunąłem dłonie z uszu. Wodziłem czerwonymi ślepiami po bestii, która wpatrywała się chwilę w tą, która wcześniej tak dziwnie się zachowała. Czyżby ona była naznaczoną czy może to ktoś, kogo ten sakiki kiedyś znał? Mogłem tylko gdybać.
Patrzyłem, jak drwal rzuca butelką w tego potwora, ludzka kobieta zaś użyła łuku do ataku, a elf swojej szabli. Większej głupoty to ja nie widziałem. Czy oni nie wiedzą, z czym mają styczność do jasnej cholery?!
Nie miałem zbytnio czasu na reakcję. Moje ciało nieznacznie się zmieniło. Wyglądało tak, jakby moje mięśnie stwardniały, a do tego nabrało metalicznej barwy. Paznokcie wydłużyły się, a moje uszy stały się lekko spiczaste. Kły ukazały swoją pełnię, gdyż tyle o ile wcześniej tylko się wysunęły, tak teraz urosły do swoich normalnych rozmiarów. W moich oczach lśnił płomień nienawiści. Wyglądałem teraz jak potwór z najgorszych koszmarów, ale i tak brzydotą nie dorównywałem sakiki.
-Idioci! Odsuńcie się od niego! -warknąłem basowym, głosem, który przypominał nieznacznie odgłos starego dzwonu.-A ty skurwielu zmierz się z kimś równym sobie!-wyciągnąłem prawą rękę przed siebie.
Na otwartej dłoni pojawiła się zielona kulka, która lśniła delikatnie. Zacisnąłem światełko, a ono spowiło całą moją dłoń.
-Tknij jeszcze kogoś, a urwę ci łeb!-byłem wściekły.
Mimo, że byłem typem, którego ciężko wyprowadzić z równowagi, ale kiedy widzisz coś, co odebrało życie niewinnym, zwłaszcza dzieciom to granica, która dzieli wściekłość od spokoju, przestaje istnieć.
Skupiłem się na dłoni, aby wyczuć wibrującą magię ziemi. Ta, która znajdowała się pod posadzką zaczęła reagować. Jak tylko jasna, widoczna tylko dla mnie nic połączyła się z moją dłonią, z całej siły uderzyłem nią w posadzkę. Użyłem wstrząśnietych ostrz, mając nadzieję, że dobrze oceniłem odległość oraz kierunek, inaczej mogłem zranić wszystkich znajdujących się w pobliżu.
#18PisanieRe: Sala Balowa   Sro Sty 24, 2018 2:20 am


avatar
Administracja
Administrator
Join date : 24/04/2017
Liczba postów : 113
Zobacz profil autora
Sakiki nadal nie był zainteresowany tym, że wszyscy gapią się na niego, tudzież uciekają czy czekają na jego kolejny ruch. Potwór całkowicie skupiał się na próbującym uwolnić się mężczyźnie.
Drwalowi, całe życie przeleciało i tylko dlatego, nie został mu zadany śmiertelny cios, bo strzała wystrzelona przez Cadence trafiła celu. Grot przebił się przez skórę w miejscu, w którym powinno znajdować się serce.
Sakiki opuścił łapę, po czym spojrzał na wystającą strzałę, która naszła czarnym nalotem i rozsypała się tak jakby zrobiona była z węgla. Potem, przeniósł wzrok na tego, kto ją wystrzelił.
Patrzył na ciebie Cadence. On wiedział, że to była twoja sprawka. Wpatrywał się wprost w twoje oczy. Chciał wejść do twojego umysłu patrząc na ciebie. Nie rozumiał czemu go zaatakowałaś, skoro byliście, wręcz tacy sami.
Mogłaś bez problemu dostrzec narastającą nienawiść, która została skierowana na napierającego Erestora.
Potężna łapa świsnęła przed twoim nosem, Erestorze. Twoje ostrze zostało przecięte na trzy równe części. Fragmenty metalu z brzdękiem upadły pod twoje nogi. Ich dźwięk był dla ciebie wyraźny, aż za bardzo. Ostrze, które było dla ciebie wartościowe, teraz leżało połamane na części i nie było zdatne do użytku.
Sakiki, który teraz wcześniejszą złość przeniósł na ciebie, stanął na tylnych łapach, prostując się przy tym. Mogłeś dostrzec, że wcale, aż taki mały nie był, ba miało się wrażenie, że nawet jakby urósł. Mieściłeś się idealnie w jego cieniu. Oboje patrzyliście sobie w oczy. Widziałeś tą nienawiść, którą sakiki zamierzał wyrzucić na ciebie. Poczułeś strach, który "przyspawał cię" do podłogi. Nie byłeś w stanie się ruszyć widząc bestię, która miała ochotę cię po prostu zapierdolić żywcem.
I tylko dlatego, że Marcus w ostatniej chwili zareagował, uniknąłeś ciosu, który mógł rozorać cię na kawałki.
Kowboju udało się rzucić zaklęcie, praktycznie bezbłędnie, mimo szału w jaki wpadłeś.  Spod miejsca, w którym nastąpiło uderzenie wyłoniła się sunąca błyskawicznie wyrwa, z której na metr przed celem, jakim był sakiki wyłoniły się ostre, kamienne kolce. Dwa z nich przebiły sakiki na wylot w okolicach klatki piersiowej. Jednak, gdy te tylko dotknęły ciała bestii, podobnie jak i strzała rozsypały się.
Sakiki porzucił zainteresowanie Erestorem oraz Cadence, tylko skupił się na tobie. Dopadł cię po dwóch, dość długich skokach. Zostałeś przygnieciony do ziemi z impetem. I tylko dlatego, że nie piłeś eliksiru nie odczułeś uderzenia w głowę. Nienawiść, kierowana do potwora sprawiła, że mimo, iż potrafiłeś kontrolować swoją bestię to straciłeś całkiem rozum. Negatywne uczucia skumulowały się i stałeś się bestią, której zależało tylko na jednym, pozbawić życia źródła, które te emocje wywoływały.

Wszyscy widzieliście jak Marcus i sakiki siłują się na posadzce. Mieliście przed oczami widok dwóch, walczących na śmierć i życie potworów. Kowboj próbował zepchnąć sakiki, który na wszystkie sposoby starał się dopaść go swoimi ostrymi zębiskami. I niestety, w pewnym momencie udało mu się to. Z gardła wampria wydobył się nieludzki wrzask, kiedy sakiki wyrwał fragment ciała. Krew rozbryzgła się dookoła, a Marcus złapał się za zranione miejsce. Mimo, że był Dzieckiem Nocy i jego próg bólu był bardzo wysoki, odczuł dość boleśnie to, co właśnie zrobił potwór.
Na twarzy Kowboja malował się grymas świadczący o tym, że cierpi. Jakby nie patrzeć, został właśnie zainfekowany, co było widać po ranie, która zaczęła przybierać fioletową barwę. Powoli, skażenie przesuwało się po zranionym miejscu, mieszając się z krwią.
Sakiki, który siedział na Marcusie, niczym wygłodniała bestia pochłonął wyrwany kawałek mięsa. Dało się słyszeć mlaskanie, kiedy potwór się posilał. Długi, czarny jęzor zlizał z paszczy krew wampira, który zwijał się z bólu, który nadal nie wyprowadził go z amoku.
Dla wszystkich mogło się wydać dziwne, ale Marcus zaczął się śmiać. Dwięk ten posiadał w sobie nutę szaleństwa.
Sakki, zdenerwowany tym, że jego zabawka wydaje przedziwne dźwięki, wbiła swoje pazury w sam środek jego klatki piersiowej. Marcus zaczął się dusić, po czym wypluł sporą ilość krwi, którą wcześniej pił, a krążyła w jego ciele. Dziecko Nocy zaczęło drżeć, po czym jego głowa opadła na prawą stronę. Jego ciało, na powrót wróciło do stanu normalności, a czerwone oczy zamieniły swą barwę na złotą, która po chwili przygasła. Kowboj przestał się ruszać, więc sakiki wyciągnął z niego zakrwawione łapsko.
-Gyaaahoooo!-z paszczy potwora wydał się, ponownie bolesny dla niektórych uszu głos.
Bestia była zadowolona, że dobiła swoją ofiarę. Pochyliła się, aby spróbować zabrać jego klejnot duszy, ale wzdrygnęła się. Nie spodobało się jej to, że ciało Marcusa jest martwe, więc uznała, że czas poszukać kolejnej zabawki, za którą poczęła się rozglądać.
Lucas, który nie spodziewał się takiego obrotu sprawy, stał jak wryty, patrząc na to, co się przed chwilą zadziało. Widział w swoim życiu wiele, ale nigdy wampira, który próbował walczyć z sakiki i niestety nie poradził sobie. Łowca wiedział, że Kowboj do nich wróci, ale nie teraz i będzie potrzebować solidnej opieki.
Teraz jednak, było inne zmartwienie, wkurwiony sakiki, który obrał sobie za cel zabawę ze wszystkimi, którzy są zebrani w sali.
-Słuchaj, podobno Rycerze Zodiaku mogą zranić i zabić sakiki, ciekawe czemu ten tutaj nadal nie jest w swojej zbroi.- rzucił do ciebie, Rabadonie-Ej! Rycerzyku od siedmiu boleści! Gdzie twoja zbroja?! Czemu zasadzasz się na potwora bez zbroi?!- tym razem słowa skierowane zostały do Erestora-No dalej, co jest! Pokaż nam swoją siłę, skoro tak wcześniej kłapałeś dziobem! Pokaż nam jak silni są Rycerze Zodiaku!
Drwal, którego wcześniej sakiki zaatakował leżał w bezruchu, gdyż strach całkowicie odebrał mu kontrolę nad ciałem.
Xai mogłaś to wszystko obserwować. Nigdy nie byłaś świadkiem czegoś tak straszliwego, jak walka dwóch potworów, wampira oraz sakiki, a potem teoretyczna śmierć tego pierwszego
Sakiki zaś odnalazł kolejną ofiarę, a była nią ta osoba, która śmiała ją tak bezczelnie i perfidnie zranić kilka minut temu...

OOC:
 
#19PisanieRe: Sala Balowa   Czw Lut 01, 2018 10:22 pm


avatar
Obywatel
Rycerz Zodiaku
Skąd : Namitto
Join date : 11/08/2017
Liczba postów : 40

Statystyki
Życie:
488/488  (488/488)
Mana:
740/740  (740/740)
Pancerz:
0/0  (0/0)
Zobacz profil autora
Moje szanse nagle i drastycznie spadły z bardzo niskich do zerowych gdy mój jedyny oręż padł na ziemię przecięty jak zabawka. Jak ja mam walczyć z bestią na która nie działa broń? Moje serce zamarło gdy potwór zaczął rosnąć by w końcu stać się większym ode mnie. Patrzyłem śmierci w oczy jednak w mojej głowie nagle zapaliła się żaróweczka. Przecież w chwili zagrożenia życia powinien pojawić się pancerz Zodiaka. Tylko, że dzisiaj moje życie było zagrożone już PIĘCIOKROTNIE a zbroja nadal nie raczyła się pojawić. Albo ten latająca i wredna małpa mnie okłamała albo pancerz pojawi się dopiero gdy będę się już żegnał z tym światem. Ani jedna ani druga opcja nie napawała mnie optymizmem.
W sumie przed spotkaniem z Belialem uratowało mnie zaklęcie rzucone przez Marcusa. W sumie niepotrzebnie się wysilał bo prędzej czy później i tak odpowiem za swoje grzechy. O dziwo kolce które przywołał Marcus zraniły potwora, podobnie jak strzały Cadence ale tak jak one rozpadły się po kontakcie z ciałem potwora. Na podstawie tego mogę z czystym sercem stwierdzić, że lepiej tego czegoś nie dotykać. Później miałem okazję podziwiać walkę dwóch potworów. Walkę która dosłownie mnie unieruchomiła i zmroziła krew w żyłach. Miałem okazję podziwiać drugą twarz wampira, która bardziej przypominała bestię. Jestem elfem, takie widoki nie były dla mnie czymś normalnym, miłym czy czymś co mógłbym zignorować. Jestem szlachcicem a nie płatnym mordercą który śmierć ogląda na codzień. Z szeroko otwartymi oczyma obserwowałem tą walkę która zakończyła się przegraną Marcusa. Gdy bestie oderwała fragment ciała wampira mój żołądek dosłownie podszedł mi do gardła i tylko cud sprawił iż mój posiłek nie ujrzał światła dziennego. Po plecach przeszedł mi dreszcz gdy do moich uszu doszedł śmiech Marcusa, śmiech szaleńca. Po moich policzkach spłynęło kilka łez gdy Marcus został dobity przez Sakiki. Najpierw Beliali, teraz Marcus umarli na moich oczach i obu tym śmierciom mógłbym zapobiec gdybym potrafił przywołać ten głupi pancerz. Gdybym był szybszy, mądrzejszy i bardziej odważny to by mi się udało. Ale nie jestem.... jestem tylko elfim szlachcicem który z wojną miał tyle wspólnego co z morzem.
Z odrętwienia obudził mnie głos Lucasa które delikatnie się do mnie zaczął dopierdzielać. Dlaczego? Bo podczas poprzedniej rozmowy broniłem Zodiaków. Mimo wszystko byłem mu wdzięczny za to wybudzenie. Skoro Marcus padł to nie mam już na to wpływu. Ale mogę posłać tą szkaradę do diabła i zapobiec przelewowi krwi.
-ZAMKNIJ JADACZKĘ I ODCIĄGNIJ DRWALA DO JASNEJ CHOLERY!
Krzyknąłem w stronę kota po czym spojrzałem na Sakiki a później na żyrandol. Na moich oczach pojawił się uśmieszek. Odwróciłem się szybko w stronę Cadence.
-Sprowokuje go a ty zrzuć na niego żyrandol
Szepnąłem do niej po czym zrobiłem krok przód przy okazji urywając kawałek stalagmitu który wcześniej wyczarował Marcus. Uważałem by nie znaleźć się pod żyrandolem i nie wpaść na jakieś ciało. O ile Cadence się zgodziła rzuciłem kamień celując w łeb potwora.
-NO CHODŹ MASZKARO. ZATAŃCZYMY!
Krzyknąłem w stronę Sakiki urywając drugi fragment i zamachnąłem się by posłać go w Sakiki....
#20PisanieRe: Sala Balowa   Nie Lut 04, 2018 1:36 am


avatar
Obywatelka
Naznaczona
Skąd : Nimph's Islands
Join date : 02/11/2017
Liczba postów : 14

Statystyki
Życie:
520/520  (520/520)
Mana:
350/350  (350/350)
Pancerz:
0/0  (0/0)
Zobacz profil autora
Trafienie w sakiki było małym zwycięstwem, które pociągnęło za sobą całe pasmo porażek.
Ostatecznie nie wydawał się on poruszony moim atakiem, no chyba, że emocjonalnie - o czym mogło świadczyć spojrzenie, które mi rzucił. Spodziewał się, że też zacznę atakować zebranych, czy może że dobrowolnie dam się zeżreć? Spaczenie ciszą było jedynym, co nas łączyło i kropka.
Osiągnęliśmy poniekąd swój cel i drwal jeszcze żył, ale za to potwór sobie urósł i to elf miał, lekko mówiąc, przechlapane. Świetlik podzielił by pewnie los tamtej kobiety i strażników gdyby nie interwencja radnego. Swoją drogą, nie zdziwiło mnie za bardzo, że ten okazał się nie być człowiekiem. Zdziwiła mnie natomiast forma, jaką przybrał. Nigdy w życiu nie widziałam czegoś podobnego; parę metrów ode mnie toczyła się bitwa dwóch bestii, którymi kierowała tylko nienawiść. Było to przerażające, ale też fascynujące, na swój sposób. Trudno mi było odwrócić od nich wzrok, nie mówiąc już o zrobieniu czegokolwiek, dopóki jedno z nich nie padnie. I padło, oj padło, ale niestety nie to, które sprawiało nam kłopot. Jakby tego było mało, wyglądało na to że kowboj został dotknięty naznaczeniem. Ale jest wampirem. Technicznie nie żyje, więc nic mu nie będzie. Prawda…?
Nieproszony gość znów ściągnął mnie na ziemię rykiem, a swoim spojrzeniem dał mi wyraźnie do zrozumienia, że jestem następna. Ta sytuacja zaczynała coraz bardziej przypominać [s]tamten[/s] dzień, nic więc chyba dziwnego że poczułam się słabiej.
-Pokładasz we mnie sporo zaufania, albo postradałeś zmysły.- odpowiedziałam elfowi, który mimo łez spływających jeszcze po twarzy przedstawił swój plan z uśmiechem w oczach. Jego widok pomógł mi nieco wziąć się w garść. Otarł się przed chwilą o śmierć, a mimo to nadal kombinował! -Zróbmy to.
Plan był prosty tylko z pozoru, w praktyce wymagał perfekcyjnego zgrania. Inaczej żyrandol mógł spaść tuż przed pyskiem sakiki, albo uderzyć w niego zaraz po tym, jak pozbawi elfa głowy... Nie znamy się, ale jeśli już tak we mnie uwierzył to nie mogę go zawieść. Szczególnie dlatego, że jego życie było praktycznie w moich rękach.
Znów uniosłam łuk. Miałam jeden strzał, ale spojrzenie na wstęgę która zdobiła mój oręż wystarczył, żeby przywrócić mi pewność siebie. W końcu nie byłam jakimś pieprzonym amatorem, tylko jednym z najlepszych strzelców Nimph’s Islands! Ostatecznie moje zadanie sprowadzało się tylko do zestrzelenia nieruchomego celu i to też zamierzałam zrobić, kiedy uznam czas za odpowiedni.
#21PisanieRe: Sala Balowa   Sro Lut 07, 2018 10:53 pm


avatar
Obywatel
Skąd : Zuproiria
Join date : 02/11/2017
Liczba postów : 12

Statystyki
Życie:
432/432  (432/432)
Mana:
210/210  (210/210)
Pancerz:
0/0  (0/0)
Zobacz profil autora
Hmm... sytuacja z chwili na chwilę pogarszała się coraz bardziej a Rabadon nie zbyt kolorowo widział swoją konfrontację z tym czymś. Szczególne jak przed chwilą z miecza, pewnie dobrej jakości ale tak na oko to nie wiadomo, stwór ciachnął ostrze na trzy kawałki pozostawiając elfikowi w ręce złamaną broń. Skrzywił się mocno widząc to ale zyskał też ważną informację - przeciwnik jest na tyle mocny, że jego frontalnych ataków lepiej nie blokować. Trzeba przede wszystkim unikać, tak... lepszego pomysłu co do konfrontacji twarzą w pysk z sakiki Rabadon nie miał póki co. Tym bardziej, że teraz szykowało się jeszcze lepsze starcie. Dwie bestie! Aż z wrażenia cofnął się proponując to samo kusznikowi którego osłaniał, próbując go cofnąć dłonią. Jednak nie naciskał na niego w tej kwestii. Osobiście wolał jednak zwiększyć dystans. Niepotrzebnie.
Tak szybko jak zaczęła się walka radnego z sakiki tak szybko odeszła w niepamięć z donośnym bolesnym krzykiem przegranego i... śmiechem? Nie wiedział co siedzi tutejszym we łbach i wolał nie poświęcać temu rozmyślania. Poparł natomiast słowa strzelca. W sumie nie wiedział ile w tym prawdy, ale skoro może zranić tą bestię, a co dopiero zabić, to ciekawe czemu nic nie robi w tej kwestii:
- Właśnie! Zrób coś! - rzucił od razu po nim. Nie czekając jednak na jego reakcję, którą i tak było wykrzyknięcie rozkazu, uderzył swoim kosturem o ziemie, tak jakby chciał go wbić. W tym samym czasie ten elficki idiota chciał wkurzyć potwora jeszcze bardziej:
- Co za debil... - szepnął do siebie pod nosem z rozczarowaniem. Aż tak śpieszy się mu na drugą stronę świata? Liczył na to, że wykombinuje coś lepszego. Westchnął. Niech dzieje się wola boża! Jak tak ma być, niech więc będzie! Niech poczuje trochę mocy przy okazji, a dłoń Rabadona lekko rozgrzała się, tak jakby działającą latarkę zasłonił nią, a po chwili pięć osób którego jego mniemaniem toczyły bój otrzymały wzmocnienie wynikające z użycia ognistego temperamentu. W tym gronie on sam nie mógł się znaleźć, bo jak to ludzie powiadają - wóz albo przewóz. Mógł wybrać wzmocnienie siebie albo innych a tutaj już wiadomo kto bardziej na tym bym skorzystał. Wziął więc ostatecznie przemówił do kota z kuszą:
- Strzelasz, nie strzelasz? - takim neutralnym tonem. Tak jakby była to zwykłą rozmowa. No i w końcu zamilkł czekając na rozwój akcji.
#22PisanieRe: Sala Balowa   Sob Lut 10, 2018 11:58 pm


avatar
Obywatelka
Dyplomata
Skąd : Shaudahii
Join date : 12/08/2017
Liczba postów : 18

Statystyki
Życie:
1280/1280  (1280/1280)
Mana:
1200/1200  (1200/1200)
Pancerz:
0/0  (0/0)
Zobacz profil autora
Nie było we mnie bohaterki próbującej ratować życie nieznanych mi osób, wobec czego nie robiłam nic mogłoby jakoś szczególnie przyciągnąć na mnie uwagę potwora. Mimo, że potrafiłam się bić to uznałam, że nie taka jest moja rolą z jaką tutaj mnie przysłano, a jeżeli coś mi się stanie to mojej królowej ciężko będzie w obecnej sytuacji znaleźć tak zaufaną osobę do pełnienia funkcji dyplomatycznych i byciu jej oczami oraz uszami w tym miejscu. Wciąż trzymając wyciągnięty rapier obserwowałam rozwijająca się sytuację. Moje briw uniosły się wyraźnie do góry kiedy saikiki zadał jeżeli nie bardzo poważną to na pewno bolącą ranę Marcusowi. Skoro i tym z naszego, najbardziej moim zdaniem rozwiniętego gatunku ten potwór jest w stanie zadać takie obrażenia to na pewno należy się mieć na baczności. Poza tym na pewno dobrze będzie zobaczyć tych sławnych Rycerzy w akcji, którzy jak do tej pory nie spisali się zbytnio. Teraz stałam w pewnej odległości od bestii, nie przyparta do muru jednak, zawsze lepiej mieć kilka stron do ewentualnego uskoczenia. Robiłam wszystko co mogłam by nie przyciągać uwagi bestii.

//Przepraszam, za opóźnienie i jakość postu, ale życie daje się we znaki i nie mam siły na nic lepszego.
#23PisanieRe: Sala Balowa   Nie Lut 11, 2018 9:53 pm


avatar
Administracja
Administrator
Join date : 24/04/2017
Liczba postów : 113
Zobacz profil autora
Erestor

Lucas miał powody, aby dopierdolić się własnie do ciebie, Erestorze.
Ci, którzy zostali wiedzieli kim jesteś. Pamiętali też doskonale twoją gadkę, w której broniłeś Rycerzy Zodiaku. Sam byłeś jednym z nich, a póki co, nie pokazałeś się od najlepszej strony. Dlatego teraz wszyscy oczekiwali od ciebie zdecydowanie więcej. Masz już nauczkę, że czasami lepiej trzymać gębę na kłódkę, bo to może się obrócić przeciwko tobie.
Tylko dlatego, że Sakiki był zajęty patrzeniem na Cadence, udało ci się zaskoczyć go i zranić. Potwór zawył z bólu. Zamachnął się łapskiem, aby cię trafić. Na twoje szczęście, nic takiego się nie stało, bo spudłował.
Mimo, że fragment kamienia, którym go uderzyłeś rozsypał się, to bestia została zraniona. Podobnie jak rany otrzymane przez zaklęcie Marcusa, tak ta, otrzymana przez ciebie nie zasklepiała się. Nawet jeśli, to działo się to powoli. Sakiki złapał się za bolące i ranne miejsce. Dał kilka kroków do tyłu dając Cadence możliwość wykonania zaplanowanego manewru. Miałeś już pewność, że kamień osłabia Sakiki.

Cadence

Czułaś, że bestia najchętniej rozerwałaby cię na strzępy i tylko tego nie zrobiła, bo Erestor zaatakował ją.
Nie miałaś wyjścia i tak jak Erestor zaufał tobie, tak ty musiałaś zaufać jemu i samej sobie. Sakiki nie patrzył na to, czy się znacie czy nie. Zamierzał zabić was wszystkich i pożywić się waszymi klejnotami dusz.
Twoje doświadczenie pozwalało ci, w miarę zachować opanowanie, chociaż zaczynały wracać wspomnienia z tamtego dnia. Zwłaszcza, kiedy widziałaś śmierć Marcusa. Mimo to, twoja wola walki i adrenalina, która wywołana została chęcią przetrwania i obrony zebranych odegnała złe wspomnienia.
Wyczekiwana okazja pojawiła się szybciej niż myślałaś. Sakiki, który został zaatakowany przez Erestora, skutecznie odczuł obrażenie. Również i ty, wiedziałaś już, jaka jest słabość tego potwora. Kamień był jego słabym punktem. Jednak dla ciebie, teraz priorytetem było tymczasowe unieruchomienie go. Wprawione już oko odnalazło miejsce, w które trzeba było trafić. Cięciwa napięła się, a potem szybko wróciła na swoje miejsce, gdy strzała została wystrzelona. Śmignęła błyskawicznie w obranym kierunku. Grot idealnie trafił w fragment łańcucha od żyrandola, który zleciał na niczego nieświadom potwora.

Wszyscy

Trzask metalowych elementów oraz kryształów rozszedł się po całej sali. Wszędzie trysnęły kawałki kamienia szlachetnego. Z racji tego, ze Erestor stałeś najbliżej, kawałki poraniły twoje ciało. Twoje ubranie zostało poszarpane, a w miejscu zranienia pojawił się smużki krwi. Jakby tego było mało, wszystko zaczynało cię szczypać, a niekiedy piec.
Cadence, twój strzał był najpiękniejszym w twoim życiu i będziesz mogła sie tym szczycić.
Rabadon, który panował nad mocami użył zaklęcia, które pozwoliło, każdemu z was odczuć napływ siły. Uśpiona siła, tkwiąca w waszych ciałach została odblokowana. Czuliście, że możecie teraz zrobić zdecydowanie więcej niż wcześniej.

Xairana

Xairana, miałaś szczęście, bo bestia i wszyscy, którzy pozostali, faktycznie nie zwracali na ciebie uwagi. Jednak, pomimo wypicia eliksiru, widok tak dużej ilości krwi, a przede wszystkim jej zapach, zaczął na ciebie oddziaływać. Jakby nie patrzeć, nadal byłaś wampirem, potworem, który kocha krew. I nie zmieniało to faktu, że byłaś dyplomatką. Natura wampira powoli zaczynała dawać ci się we znaki. Jeśli tak dalej pójdzie, to rzucisz się na pierwszą stojącą z boku osobę. Tym bardziej, że wcześniej nie przyszło ci do głowy wypić krew skoro mogłaś zakoszotować tego co przez tyle lat nie było ci dane. Teraz, twój błąd dawał ci się we znaki i musiałaś nad tym zapanować, bo inaczej uśpiona bestia da o sobie znać.

Wszyscy

Lucas, który wykorzystał moment, w którym wszyscy skupili się na upadającym żyrandolu, wycofał się w ciemny korytarz. Nim zniknął jasne światło pomknęło w stronę Erestora trafiając idealnie w w sam środek jego klatki piersiowej.
Nim ktokolwiek z was zorientował się, że była to magiczna strzała Lucasa, khajita już nie było. Skoro Rabadon kazał mu strzelać, tak też zrobił. Przecież nie powiedział mu, w kogo ma strzelać. Po prostu, kazał mu to zrobić, a to, że najemnik wkurwił się na Erestora to była inna sprawa. Chociaż...czy aby na pewno?
Widzieliście, jak Erestor pada na wpół żywy na posadzkę, tuż obok żyrandola. Jego ciepła krew zaczęła ozdabiać kafelki, które i tak zostały już wcześniej zbrukane czerwoną cieczą. Jego ciało nagle zostało osłonięte biała poświatą.

Erestor

Niczego nieświadom, dopiero po chwili poczułeś jak coś wbija się w twoje ciało. Jak tylko spojrzałeś w dół, dostrzegłeś migoczącą, magiczną strzałę, a raczej jej grot, który wystawał z twojej klatki piersiowej.
Stałeś tak chwilę, po czym upadłeś. Czułeś jak życie z ciebie ucieka, a to co przeżyłeś przemyka pod twoimi powiekami. Wtedy właśnie poczułeś, jak Kryształ Zodiakalny zaczyna nagrzewać się, a jasne światło otuliło cię niczym ciepła kołdra...

Castavis

Castavisie, leciałeś na swoim sowogryfie, popędzając ją. Czułeś, że sakki, wprawdzie osłabł, ale jeden z Rycerzy został ranny. Zrozumiałeś też, że jego moc właśnie się aktywowała. Zatem, przyjdzie ci w udziale wesprzeć szczeniaka, czy tego chciałeś czy nie. Zdawałeś sobie także sprawę z tego, że Hav jest za tobą i przyjdzie co z pomocą, jeśli zajdzie taka potrzeba.
Im byłeś bliżej ratusza, tym czułeś sakiki oraz Rycerza Zodiaku Pegaza. Pospieszałeś sowogryfa, który starał się jak tylko mógł. Przy samym ratuszu widziałeś jak spora grupka wybiega, jednak jedna osoba, zdawać się mogło, była zainteresowana tym, co się działo i nie zamierzała uciekać. Nie byłeś pewien kto to, ale teraz mało cie to interesowało.
Jak tylko wylądowaliście, wbiegłeś do ratusza, nie odwracając się. Minąłeś przy tym, jak ci się zdawało najemnika. Jak wasz wzrok się spotkał, poczułeś coś znajomego. Nie wiedziałeś jednak, co to było. Szybko otrząsnąłeś się, po czym wbiegłeś do sali. Dostrzegłeś leżącego i krwawiącego Marcusa, przygniecionego żyrandolem sakiki, który próbował się uwolnić, postać, którą otaczało białe światło. Wiedziałeś, ze to nowy Rycerz Zodiaku, który właśnie otrzymywał swoją moc. Widziałeś też jakiegoś rosłego jegomościa, który siedział na tyłku i nie był w stanie się ruszyć, a nawet rozszarpane ciało kobiety. Od razu zrozumiałeś, że miała tu miejsce tragedia. Dlatego ci, którzy pozostali przy życiu, albo byli gotowi się bronić, albo stali sparaliżowani.
Wiedziałeś w sumie, co musiałeś teraz zrobić, a to było coś, co lubiłeś najbardziej, czyż nie?

Egon

Siedziałeś sobie spokojnie na schodach prowadzących do ratusza. Miałeś tutaj idealny widok na okolicę. Miałeś tutaj randkę, z kobietą imieniem butelka dobrego alkoholu. I to w sumie nie byle jakiego, bo krasnoludzkiego. I mimo, że nie byłeś jakoś pozytywnie nastawiony do tych istot, to jednak procentowe napoje mieli niebanalnie kojące podniebienie.
Poza tym, chciałeś wiedzieć, co u licha stało się kilka godzin wcześniej, że nagle urządzono naradę w środku nocy.
Patrzyłeś jak niektórzy wychodzą z ratusza. Dziwiło cię, że tak jakoś krótko to trwało. I już miałeś rozpocząć swoją randkę z trunkiem, kiedy to posłyszałeś krzyki. Wprawdzie, dochodził z głąb pomieszczenia, to je słyszałeś. Była noc, więc nic nie miało prawa ich zagłuszyć.
Chwilę potem wybiegło, w panice kilkanaście osób. Wołali coś o potworze, który masakruje wszystkich i kradnie dusze. To było coś, co cię zaciekawiło i mimo, że byłeś tylko człowiekiem, wstałeś. Uznałeś, że randka poczeka, bo alkohol nie zająć. Ukryłeś swój skarb tuż obok jednej ze ścian, w cieniu. Nikt nie miałam prawa go dostrzec, poza tobą.
Ledwo co ruszyłeś, a coś załopotało nad twoją głową. Widziałeś sowogryfa, na którym siedział ubrany w zbroję jeździec. Zwierzę oraz Rycerz Zodiaku spojrzeli na ciebie, po czym pobiegli do ratusza. I tak oto, miałeś krótkie spotkanie z Rycerzem Zodiaku.
Ty również zostałeś minięty przez, jak byś uznał najemnika. Ten nawet na ciebie nie spojrzał, ale poczułeś, że był inny. Nawet, będąc człowiekiem wyczułeś inność tego kogoś, jednak po chwili bardziej interesowało cię to, co działo się w środku.
Im bliżej byłeś sali balowej tym bardziej czułeś pewnego rodzaju strach. Dostrzegłeś też stojącego Rycerza, którego chwilę temu widziałeś. Mogłeś zaobserwować ten sam widok, który przywitał złota puszkę sardynek. Sakiki przygniecionego żyrandolem, spod którego próbował się wydostać, Marcusa z wyrwanym kawałkiem ciała leżącego w swojej krwi, kogoś kogo otulało jasne światło oraz tych co albo stali i byli gotowi do walki albo tych co zamurowało ze strachu. Jak chociażby rosłego mężczyznę, który siedział praktycznie na środku sali i wyglądał tak, jakby nasrał w gacie.


OOC:
 
#24PisanieRe: Sala Balowa   Wto Lut 13, 2018 10:22 pm


avatar
Obywatel
Skąd : Proxola Płn.
Join date : 30/01/2018
Liczba postów : 9

Statystyki
Życie:
456/456  (456/456)
Mana:
50/50  (50/50)
Pancerz:
1200/1200  (1200/1200)
Zobacz profil autora
Przyjdź do Larnwick mówili, będzie to okazja w życiu, odpoczniesz od tego wszystkiego mówili... Żołdak westchnął bardzo głośno, gdy siadał sobie na schodach ratusza, wracając z swojej zmiany z jakże zacnej roboty jaką było bycie nocnym stróżem w magazynie. Przynajmniej sprzęt, który miał na sobie był nader wymowny i odstraszałby kogokolwiek kto chciałby się tam włamać. Stąd może zarobki były choć trochę lepsze niż w cegielni gdzie podjął pracę świeżo po przybyciu do miasta. Przynajmniej udało mu się zdobyć tą flaszkę zacnego trunku, wcale nie będącego łapówką. Wcale...

Pozostało mu już nic, a jedynie podelektować się tym jakże subtelnym smakiem, którego rzecz jasna niewiele rozpozna. Przepalone gardło i wypalone kubki smakowe niewiele pomagały mu w odróżnianiu dobrych trunków od pospolitego bełtu. Ale hej! Może TYM razem uda mu się coś wyczuć co tchnie w niego choć odrobinę życia i koloru do jego szarego żywota. Od butelki do butelki, z pracy do butelki i tak dalej. Klapnął sobie wygodnie kładąc flaszkę felix felicis obok siebie i zdejmując hełm rękoma. Ujął ją ostrożnie za szyjkę, zaś drugą dłonią już dążył do tego, aby ją odkorkować. Do czasu, gdy w ratuszu nie wydarzyła się jakaś katastrofa, armageddon i apokalipsa w jednym. Był ciekaw dlaczego zwołano zebranie w środku nocy, lecz wniosek nasuwał się nader prosty - musiało się stać coś ważnego, żeby powyciągać największych dostojników z ich aksamitnych łóżeczek czy gdziekolwiek ta wyższa pierdolencja gniła w nocy. Może któregoś, pięknego dnia całe to ścierwo dostanie pęcherzy od tego dobrobytu i zdechną na gangrenę...

Mógł zadać jeszcze tylko więcej pytań, lecz bez odpowiedzi. Schował prędko butelczynę w jakiejś wyrwie w murku i żwawo sięgnął po saladę, którą nałożył na swoją szpetną gębę. Opuścił zasłonę hełmu i dobywszy arkebuza z załadowaną kamienną kulą jął dźwigać się do góry z cichym stęknięciem. Lecz marsz do środka spowolnił... Ktoś na jakimś latającym... Czymś.

-Może jeszcze, kurwa, przez komin wlecisz zawszony trepie?! Warknął do niego, uskakując do tyłu. Nie żeby musiał, jednakże ostrożności nigdy dość. Czort wie, czy to ptaszydłowate coś nie rzuci się na niego. Łypnął podejrzliwiej na stworzenie, jak i na jego jeźdźca. Nie rozmawiał z nim, lecz już z jakiegoś powodu odczuwał wobec niego niechęć. Nie było z nim wszystko w porządku i mógłby dać obciąć sobie piąty palec prawej ręki, że Bliznowaty miał w tym rację.
Odciągnął kurek swojej broni i przyciskając broń bliżej do tułowia, aby przypadkiem o nią o nic nie zawadzić, ani o nikogo biegłby do środka. Jeśli ktoś dalej uciekał, to starał się wymijać uciekających w ostateczności taranować ich barkiem. Biegł żwawo, jednakże w pewnym momencie każdy kolejny pokonany metr napawał go niepokojem. Ci, którzy wiali, jakby biesy ich goniły bełkotali o kreaturze, monstrum i potworze. Ostrożność przede wszystkim. Sam nie wiedział, dlaczego tutaj wbiegł. Najpewniej chęć zysku, wszak tylko to się liczyło w tym świecie. Pokręcił łbem, aby odgonić natrętne myśli i skupić się na nasłuchiwaniu zagrożenia. Zwolnił bieg do truchtu, a następnie do marszu gdy finalnie znalazł się w wnętrzu budowli.

-Co to do cholery jest?! Warknął gdy ujrzał coś co umykało się wszelkiej logice. Nigdy tego nie widział i liczył, że nigdy nie ujrzy. Mógł być jedynie rad, że jest przygniecione stertą żelastwa, lecz czort jeden wie jak długo ona wytrzyma. Serce podeszło mu do gardła, mięśnie się spięły. Organizm wręcz krzyczał by albo walczył, albo uciekał stąd czym prędzej. Ruszył w stronę schodów upatrując je za osłonę. Jednak będzie walczył... Choć gdyby nie działał impulsywnie już by go tutaj nie było, tylko dołączyłby do bandy uciekinierów. Nienawiść, chęć zniszczenia tego plugastwa? Nie zastanawiał się nad tym nie pytał. Lecz jął wykonywać te same ruchy co setki razy na żelaznych polach. Zlustrował kreaturę i zareagował nader szybko. Klęknąłby na jednym kolanie, opierając broń o nie kolbą, tak, że lufa stykała się z ziemią. Z sakwy wydobyłby butelkę zapalającą i przyłożyłby ją bliżej drugiego zamku skałkowego na kolbie. Nie służył za nic innego jak swoista zapalniczka. Czym prędzej odpaliłby prowizoryczny granat i podniósłby się do pionu. Ogień... Zawsze wszystko można spalić, obrócić w popiół. Pierwsze odkrycie ludzkości zawsze będzie tym, do którego się wraca w takich sytuacjach. Liczył, że i tym razem go nie zawiedzie.
Był zbyt zajęty tym, ze sakiki w ogóle miał czelność istnieć, aby skupić uwagę na tym, że istoty znajdujące się tutaj już chyba odniosły pewne straty. Marcus, który leżał na podłodze obchodził go tyle co wczorajszy śnieg. Nawet jeśli Egon by go ujrzał to by go zignorował. Z takimi obrażeniami jedyne co mogłoby spotkać człowieka to śmierć. A nieludzi i ich los miał głęboko w rzyci.

-Zjeżdżaj stąd, jazda! Przebieraj kulasami! Ryknąłby w stronę mężczyzny, który stał jak kołek po środku. Im dalej od tego... Czegoś tym lepiej dla każdego. Zwłaszcza tych, których nie wpiszą po tym starciu do księgi.

Jeśli Egona i Sakiki dzieliłaby większa odległość, żołdak podszedłby bliżej, aby mieć większą szansę na trafienie go butelką. Upewniłby się, że nic, ani nikt nie stoi w promieniu rażenia i dopiero wysunąłby lewą nogą do przodu, natomiast broń ujmując w swoją prawicę. Wyciągnął lewą rękę wyżej i odgiął nieznacznie tułów do tyłu by w jednej chwili cisnąć ogniem w butelce w stronę kreatury.
-Płoń, kurwo! Ryknąłby nie czekając, aż jego atak sięgnie celu czy też nie. Natychmiast schowałby się za swoją osłonę, aby dobyć arkebuza. I być gotowym na cokolwiek co mogłoby się stać.
#25PisanieRe: Sala Balowa   Wto Lut 13, 2018 11:28 pm


avatar
Obywatel
Rycerz Zodiaku
Skąd : Larnwick
Join date : 19/01/2018
Liczba postów : 41

Statystyki
Życie:
1280/1280  (1280/1280)
Mana:
120/120  (120/120)
Pancerz:
0/0  (0/0)
Zobacz profil autora
Szybko doleciał do ratusza, jego sowogryf Madfire nie szczędził sił. Jednak zanim jeszcze tam dotarł poczuł osłabienie sakiki ale jednocześnie osłabnięcie funkcji życiowych rycerza zodiaku, oraz aktywacje mocy. Znaczy grubo. Musiał jeszcze pilnować żeby szczeniak się nie wymknął spod kontroli. Pierwszy dzień powrotu do służby a już się zapowiadał cholernie ciekawy dzień.
Dolatując już prawie na miejsce, minął jakiegoś człowieka, który począł go wyzywać. Miał ochotę wdać się z nim w dyskusję, ale ostatecznie, doszedł do wniosku że nie warto sobie nim zawracać głowy. Od komentarza jednak powstrzymać się nie mógł.
- Mam małą radę. Jeśli nie chcesz zginąć, to radziłbym ci opuścić to miejsce. To co jest tam w środku miłym widokiem nie jest. - Podejrzewał, że facet po prostu oleje jego ostrzeżenie. Mało kto słuchał, a potem spotykał się z konsekwencjami. Cóż, nie mógł przecież go zmusić żeby stąd uciekał. Było jednak coś znajomego w tym mężczyźnie. Aczkolwiek nie bardzo wiedział co. Nie miał jednak czasu Na zastanawianie. Kierował się tłumami uciekinierów, czyli po prostu szedł w przeciwnym kierunku. Najprostszy sposób żeby się dostać do źródła kłopotów. Kiedy wszedł do pomieszczenia, począł się rozglądać po sali. Zauważył Marcusa, nie wyglądało to ciekawie, ale był wampirem, dojdzie do siebie, choć regeneracja może trochę potrwać. Jednakże Marcus nie był młodzikiem, wiedział że się wyliże. Zobaczył rycerza który właśnie po raz pierwszy dokonywał aktywacji mocy. Znaczy musiał zadbać o to by nie zrobił sobie i innym większej krzywdy. No i oczywiście gwóźdź programu, czyli wielki paskudny sakiki. Uderzył pięścią w swoją dłoń i powiedział cicho, do siebie. - Niech zacznie się bal. - Miał ochotę po prostu krzyknąć, ale to by też zwróciło uwagę sakiki, wtedy straciłby ewentualny moment zaskoczenia. Tym bardziej że sakiki był przygnieciony żyrandolem, to można było wykorzystać. Musiał myśleć. Szybko.
Chwilę potem zobaczył faceta którego chwilę temu minął. Tak jak podejrzewał. Nic sobie nie zrobił z ostrzeżenia. Jego rzecz. potem zauważył lecący mołotow.
- Kurwa, człowieku! Chcesz wszystkich spalić. Rozumiem że nie na co dzień widujesz takie monstra, ale do jasnej cholery pomyśl trochę!
Nie dbał już o to jak zareaguję ten człowiek, nie intresowało go to. Szybko podbiegł jak najbliżej sakiki, tak żeby ten go nie zauważył. Postanowił jednak spróbować wykorzystać tego mołotowa. O ile rzut Egona był celny, postanowił wzmocnić efekt i spróbować użyć płonących skrzydeł i uderzyć. Natomiast jeśli udało mu się dostrzec trajektorię rzutu i butelka leciała w jakiegoś cywila, to starał się usunąć osobę z ewentualnego pola rażenia. Nie szczędząc przy tym środków, więc gdyby było to konieczne, próbowałby nawet cisnąć kimś o ścianę. Wszak w ostateczności lepiej złamać kończynę niż spłonąć.
#26PisanieRe: Sala Balowa   



Sponsored content
Powrót do góry Go down
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 2Idź do strony : 1, 2  Next

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Crystal Empire :: 

Larnwick

piękna stolica Aglar

 :: Kak Grove :: Ratusz
-
Wymiana
Opisy przedstawiające uniwersum świata zostały stworzone przez Administrację Crystal Empire oraz Użytkowników pomagających przy tworzeniu forum na podstawie pomysłów własnych oraz inspiracji różnymi źródłami, zabrania się ich kopiowania. Stronę graficznąforum wykonała Przyczajona Grafika z grupy Monochrome Layouts z pomocą kodów własnych lub w inspiracji kodami znalezionych w różnych miejscach. Za pomoc dziękujemy Moe - Yuriee.
HogwartDream aegyo